strona główna
survival
patenty
rośliny jadalne i użytkowe, galeria
tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki
nowości
zrób to sam
filmy i programy, aktualnie w TV
sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć?
jedzenie
kontakt
umiejętności podstawowe i zaawansow.
spis treści, słownik, szukaj
Jest to kolejny z cyklu artykułów "Survival wg. Bartosza Gorayskiego". Wszystkie teksty są chronione prawem autorskim.

Wiosna, sok z brzozy i trochę magii


e-mail
Brzoza to prawdziwy skarb dla survivalowca - drzewo o wielu zastosowaniach i jedno z niewielu, które wiosną dają sok do picia w znacznych ilościach.

Wczesną wiosną, gdy pojawiają się małe pączki na brzozowych gałązkach, tuż pod korą zaczyna się dziać coś niezwykłego: Stopniowo pojawia się bogaty w cukry i witaminy brzozowy sok. O jego szczególnych właściwościach mówi się również w środowiskach medycznych, ponieważ jest pomocny przy leczeniu niektórych schorzeń, również nowotworów.
Aby go pozyskać należy w brzozowym pniu wykonać nacięcie. Nacinamy korę odpowiednio głęboko aż do wilgotnej wewnętrznej warstwy zwanej kambium, a w przypadku skrajnego głodu można zdejmować nożem brzozową korę i strugać mokrą warstwę znajdującą się pod nią do jakiegoś naczynia by ją potem ugotować i zjeść jak makaron. Można zebrać garść brzozowego kambium i włożywszy do ust żuć je jak prymkę tytoniu. Brzozowa masa do żucia ma przyjemny zapach i delikatny smak, w którym można by się doszukiwać aromatu świeżego ogórka lub niezbyt dojrzałego arbuza. Jest lekko chrupiąca i nieco włóknista lecz w miarę upływu czasu na skutek przeżuwania staje się miękka nie tracąc przyjemnego smaku. Żucie takiej brzozowej prymki dość dobrze pozwala oszukać pragnienie czy nawet pierwszy głód. Jest jeszcze jedna tajemnica: dobrze przeżutą prymkę z brzozowego kambium można wysuszyć i uzyskać w ten sposób drobno utarte włókna, których można potem użyć w charakterze rozpałki do hubki. Na samym początku cyklu wegetacyjnego sok ma nieco gorzki smak. Lekka gorycz lub nieco drewniany smak nie stanowi problemu, to nie jest szkodliwe. Z upływem czasu (po paru tygodniach lub kilkunastu dniach) sok staje się całkiem smaczny, nawet słodkawy. Można wtedy zbierać go całymi litrami, o ile przygotuje się odpowiednio dużo sączków, np. w całym zagajniku.
Taki sok to cenne źródło witamin i naturalnych cukrów. Najpewniej to właśnie ten brzozowy napój jako pierwszy dostarczał witamin naszym przodkom po chudej zimowej diecie. To wspaniałe, że również w naszych czasach możemy korzystać z pradawnej wiedzy naszych przodków na temat sposobów przetrwania i radzenia sobie w dziczy. Elementy tej wiedzy wciąż nie zaginęły z prostej przyczyny – są użyteczne.

Dla mnie moment pojawienia się brzozowego soku jest momentem bardzo szczególnym, praktykuję więc pewien związany z tym ceremoniał. Moment pierwszego napełnienia naczynia jest wyjątkowy. Dla mnie, człowieka lasu, to oficjalny koniec zimnej pory roku i związanego z nią uśpienia przyrody, a początek wiosny i eksplozji życia w lesie, wszelakich pięknych zapachów oraz kolorów budzącej się do życia przyrody. Wyprawa do brzozowego gaju jest jak wyprawa do kolebki życia w lesie, gdzie zbiera się mistyczna potężna moc dająca zdrowie i siłę po martwej i ubogiej zimie. Z każdym łykiem brzozowego specjału napełnia mnie jakby nowa energia do działania.
Lecz zanim rozpocznę pierwsze spijanie soku muszę wszystko należycie przygotować. To zaiste niemal szamańska, mistyczna ceremonia, lecz wierzę że jest potrzebna człowiekowi lasu.
Starannie wybieram moment, kiedy sok jest już osiągalny i dostatecznie smakowity. Następnie konstruuję wysoki podest tuż pod wybraną brzozą, następnie układam na nim specjalny blat z odpowiednio przyciętych gałęzi i kładę na nim płat mchu. Dzięki temu położone na nim naczynie będzie stabilne. Zastosowanie wysokiego podestu ma pewne znaczenie. Otóż po pewnym czasie do gromadzącego się w naczyniu soku zaczną się licznie schodzić owady lub czasem może pojawić się jakieś małe zwierzę. Taka porcja napoju to nie lada gratka, zwłaszcza jeżeli urządzenie jest pozostawione bez dozoru.
Przed podstawieniem naczynia wykonuję odpowiednie nacięcie i czekam aż wypłynie sok. Następnie za pomocą żywicy mocuję poniżej nacięcia sączek. Prawie zawsze robię go z suchego pędu dzikiego bzu. Po rozcięciu wzdłuż da się wydrążyć na kształt rynienki, usuwając po prostu jego gąbczasty miąższ. Teraz już wystarczy odpowiednio go przyciąć i zamocować. Kiedy naczynie się napełni, przystępuję do powolnego wypijania soku przez słomkę wykonaną np. z trzciny lub dzikiego bzu, delektując się owym przysmakiem.
Żeby zaradzić rozchlapywaniu soku przez spadające krople, można ułożyć na naczyniu np. kawałek świerkowej gałązki, co zadziała jak urządzenie przechwytujące. Krople soku i tak ściekną po igliwiu do naczynia, ale już bez rozprysków.

Po zakończeniu zbiorów należy oczywiście wszystko uprzątnąć. To ważne jest by nie zostawiać otwartej dziury w brzozowym pniu. Ja zawsze staram się starannie zakleić otwór używając choćby ciepłej elastycznej sosnowej żywicy. Jeśli wywiercamy jakiś otwór w brzozowym pniu lub wydłubujemy go za pomocą dłutka, to w tak powstały otwór da się później wbić kołek który szczelnie zamknie otwór. Taki drewniany kołek powinno się wystrugać ze świeżego drewna i starannie wbić go np. płaską stroną głowni toporka. Jeżeli kołek zbyt wystaje, to trzeba sięgnąć go kieszeni po nasz uniwersalny scyzoryk i użyć piły by dociąć kołek niemal na równo z pniem. Taki zabieg zabezpiecza drzewo przed różnymi infekcjami i grzybami. Wyciekający stale brzozowy sok zawiera cukry więc z czasem może fermentować lub pleśnieć.
Co jeszcze można uzyskać z brzozy? Można wykorzystać jej białą korę, złuszczające się z czasem kawałki kory są łatwe do oderwania, i stanowią doskonałą wręcz rozpałkę. Ma ona tę zaletę, że pali się nawet wtedy, kiedy jest wilgotna. Dzieje się tak dzięki zawartym w niej substancjom żywicznym. Związane ze sobą w pęk świeże gałązki brzozy stanowią dobrą miotłę przydatną do zamiatania obozowiska.
Ociosane młode brzózki stanowią dobry materiał na łuk dzięki swojej elastyczności i włóknistej strukturze.
Zaawansowani survivalowcy wykonują naczynia z kory brzozowej, odpowiednio ją formując na podobieństwo tektury. Nowicjusze powinni raczej dać brzozom spokój i bez potrzeby nie obdzierać ich z kory, to wymaga bowiem sporej wprawy i doświadczenia. Można je zdobyć obdzierając pocięte okrąglaki z brzozy, jakie czasem można spotkać przy drogach.
Niewątpliwą ciekawostką dotyczącą naczyń wykonanych z brzozowej kory jest to, że nadają się również do zagrzania w nich wody, przez wstawienie w żar paleniska. Naczynie się nie zapali o ile płomienie nie sięgną powyżej poziomu wody. Można zapobiec zapaleniu się naczynia zaginając je i formując je tak, by do wewnątrz skierowana została biała kora. Przed przystąpieniem do formowania takiego naczynia warto ostrożnie oczyścić powierzchnię takiej kory z łuszczących się białych kawałków. Brzozowa kora jest bardziej podatna na gięcie jeżeli uprzednio namoczy się ją w wodzie i podgrzeje przy ognisku. Można odpowiedni jej kawałek gotować przez pewien czas w wodzie w celu zmiękczenia, co znacznie ułatwi późniejsze formowanie. Kawałek brzozowej kory wycięty i następnie okrojony nożem do wymiarów kartki z zeszytu, nadaje się do prowadzenia na nim zapisków np. przy pomocy kawałka węgla drzewnego.

Czy wiecie, że indiańskie plemiona opanowały niemal do perfekcji techniki budowy schronień czy nawet canoe przy użyciu brzozowej kory? Przy odrobinie szczęścia można znaleźć odpowiednie drzewa w dziczy i ściągać z nich korę by potem używać tego materiału jak budulca. W tym przypadku zależy nam na jak największych płatach kory i... chatka prawie gotowa... wcale nie musi być duża wystarczy taka by można było w niej wygodnie siedzieć lub ułożyć się na posłaniu. Przed wejściem można utrzymywać mały ogień by w nocy było trochę cieplej i raźniej.
Jeśli na odludziu znajdzie się tzw. wiatrołomy, czyli drzewa powalone przez wiatr można wykorzystać ich korę do wykonania zaimprowizowanych dachówek.
Wracając jeszcze do opowieści o zbiorach brzozowego soku, dodać muszę iż czasem zdarzyć się może że zbierać go przyjdzie w chłodny jeszcze dzień. Zatem i zebrany brzozowy sok będzie zimny, więc łatwo będzie nabawić się za jego pomocą np. bólu gardła. Kiedy zdarza mi się że zbieram brzozowy sok właśnie w chłodny dzień, zawsze najpierw zaczynam swoje poczynania od rozpalenia ogniska i zrobienia kuchni polowej, czyli wieszaka na menażkę. Pierwszą porcję soku kosztuję i gdy jej smak przypadnie mi do gustu zawieszam nad ogniem w odpowiednim naczyniu.

Bardzo ważne jest, by takiego płynu nie zagotować a jedynie podgrzać. Zawarte w nim witaminy mogłyby wtedy ulec zniszczeniu.
Jak widzicie na fotografii, mimo że świeci Słońce mam na sobie ciepłą bluzę i czapkę. Taka pogoda często się zdarza wczesną wiosną i nie warto ulegać złudzeniu, że już jest ciepło. Słońce zachodzi czasem za chmury i robi się chłodniej. Spotkałem się z określeniem przenikliwej pogody, co najpewniej oznacza złudzenie ciepła spowodowane tym, że słońce często się pojawia pomimo trochę zachmurzonego nieba. Nie zmienia to jednak faktu, iż wciąż jest ostre jakby trochę górskie powietrze i chłodna ziemia. Do tego wszystkiego może dojść jeszcze wszechobecna wilgoć jako pozostałość po wiosennych roztopach. Leśna ściółka z wierzchu może być sucha, ale tuż pod nią jest przecież zimna i wilgotna gleba.
Noszenie drewna i doglądanie zbiorów brzozowego soku może trochę znużyć, więc warto usiąść i trochę wypocząć, rozejrzeć się wokół, powdychać głęboko leśne świeże powietrze i spokojnie napić się ciepłego życiodajnego brzozowego specjału.

Dla mnie to także chwila na refleksję, wyciszenie się i zastanowienie się nad tym, co może przynieść nowy sezon. Rozmyślam nad tym, czego nie zdołałem z różnych przyczyn dokonać i planuję jak powrócić do owych zamierzeń. Człowiek lasu powinien rozmyślać nad swoimi poczynaniami i planować je zgodnie z odwiecznym zwyczajem uwzględniającym aktualną porę roku i związane z nią możliwości. Prawa natury dyktują, co można pozyskać z otaczającego nas świata, a na co jeszcze trzeba zaczekać. Tak więc wiosna to dobra pora na zbiory brzozowego soku, zbieranie wyśmienitych młodych pokrzyw i innych jadalnych roślin, które o tej porze roku są smaczne i delikatne. Pierwsze ciepłe dni przynoszą ożywienie w przyrodzie, ale sztuką jest umiejętność obserwowania tego wszystkiego. Zaiste nie lada umiejętnością jest przenikanie do świata przyrody, czerpanie z niej życiowej energii i jakby zlewanie się z otoczeniem by nagle, gdy dostrzeże się pierwszego motyla dostrzec magię sztuki przetrwania, w której to można odnaleźć także elementy filozoficzne. Trudno o brak refleksji i przemyśleń, gdy patrzy się na otaczający nas świat z punktu widzenia leśnego człowieka. Zdradzę wam jedną z moim zdaniem najtrafniejszych myśli, jakie zdołałem zapisać w chwili mojego leśnego zadumania, gdy siedząc pod kwitnącym akurat sporym krzewem patrzyłem na jego białe płatki kwiatów, które poniesione podmuchem wiatru umykały w zarośla. Porównałem owe płatki kwiatu niesione wiatrem do istnień ludzkich począwszy od początku ich życia gdy są jeszcze małymi pączkami, poprzez moment ich wzrostu i kwitnienia w kwiatostanie, i dalej gdy pewnego dnia odrywają się i opuszczają kwiatostan. Wiele kwiatostanów na wielu gałązkach symbolizowało pewne odmienności, różne miejsca zamieszkiwania, pochodzenia, pewną odległość i nieznajomość. I oto wiatr ponosi płatki, wiatr to symbol kolei losów jakże różnych dla każdego i prawie kompletnie nie przewidywalnych. Aż tu nagle gdzieś w połowie drogi do ziemi dwa płatki spotykają się i przez parę chwil szybują razem. Może to symbol związków między ludźmi, a może i innymi istotami. Nie można przewidzieć, jak długo poszybują połączone razem i kiedy się rozdzielą, kiedy i który płatek spadnie pierwszy na ziemię i jak długo jeszcze ten drugi pozostanie w powietrzu?. Czy spotka jeszcze jakiś inny płatek? A może już nie i także zacznie swoje podejście do lądowania. Ale czy będzie ono majestatyczne i powolne czy szybkie jakby płatek chciał już szybko dołączyć do swojego towarzysza? To właśnie jest nieprzewidywalne, bo nie przewidywalna jest natura. Człowiek nie ma nad nią władzy. Są jednak tacy, którzy się z tym nie zgodzą, ale nad czym mieliby mieć władzę?. Chyba jedynie nad pilotem do telewizora. Uważam, że żeby żyć w świecie przyrody, trzeba nauczyć się sztuki rozumienia otaczającego nas świata i okazywać szacunek dla niego. W tym przypadku szacunek i pokorna postawa to jak uwicie gniazda, wygodnego i bezpiecznego.
Pisałem o kwiatach i ich płatkach bo wiem jak ulotne może być piękno i życie. Wiem jak może potoczyć się los tych, którzy w pewnych momentach dokonali wyborów nie zawsze trafnych lub z jakiś powodów wyborów zaniechali. Ulotność i przemijanie to jedno z praw natury, więc nie wolno czekać i należy uczyć się pięknego świata przyrody poprzez doświadczanie kontaktu z nim. Trzeba czerpać pełnymi garściami radość życia dopóki jest zapał i siła.
Wiosna to czas kwitnienia i wzrostu życia w przyrodzie, a człowiek lasu powinien nauczyć się czerpać z tego ową potężną siłę i zdrowie. Wyjdźcie na szlak póki wciąż jeszcze możecie. Życzę wszystkim wielkiej zachłanności w poznawaniu otaczającego nas świata. Znacznie we wszystkim pomoże umiejętność cieszenia się nawet drobnymi rzeczami - tym, że widzi się wokół latające owady, tym, że można znaleźć piękny okaz grzyba lub można czerpać radość z możliwości wygrzewania się na oświetlonej słońcem polanie.
Ważne jest także, by cieszyć się wszystkim tym co mamy, nawet jeżeli nie mamy wiele.


E-mail do autora tekstu

do góry strony

survival_zielona_kuchnia