strona główna
survival
patenty
rośliny jadalne i użytkowe, galeria
tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki
nowości
zrób to sam
filmy i programy, aktualnie w TV
sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć?
jedzenie
kontakt
umiejętności podstawowe i zaawansow.
spis treści, słownik, szukaj
Jest to kolejny z cyklu artykułów "Survival wg. Bartosza Gorayskiego". Wszystkie teksty są chronione prawem autorskim.

WARSZTAT CZARODZIEJA OGNIA

Część 4 - niecenie ognia

Pewnie macie już przygotowane swoje zestawy do niecenia ognia, i byliście już w lesie po hubę … WIĘC MOŻECIE ZACZNĄĆ LEKCJĘ NIECENIA OGNIA PRZY POMOCY ŁUKU I ŚWIDRA!

Zaczynamy od poprawnego owinięcia drewnianego świdra cięciwą łuku.
Cała tajemnica polega na tym, aby pętla powstała na skutek owinięcia świdra cięciwą była skierowana do wewnątrz - to ułatwi manipulację i trzeba się tego nauczyć. Widziałem wielu nowicjuszy którzy próbowali to zrobić i za każdym razem coś było nie tak. Ważne by trzymać łuk nieruchomo oparty jednym końcem o ziemię i naginając go luzować cięciwę, by potem jednym zręcznym ruchem nadgarstka ręki dzierżącej świder owinąć go linką.
Następnie wstawiamy końcówkę drewnianego świdra w gniazdo podkładki i dociskając drewienkiem rękojeści dociskowej zaczynamy wprawiać świder w ruch. Oczywiście, tackę z utartą hubką należy wcześniej podłożyć pod klinowe wycięcie.
Wydobywający się z gniazda podkładki dym zostanie natychmiast rozproszony przez wiatraczek ze sznurka, przymocowany do świdra poniżej miejsca owinięcia cięciwy z linki. Po pewnym czasie pojawi się w wycięciu podkładki czarny pył, który zacznie zasypywać naszą brązową hubkę.
W pewnym momencie, gdy z gniazda zacznie wydobywać się coraz więcej dymu, należy przyspieszyć napędzanie świdra łukiem i nieco mocniej docisnąć rękojeść. To właśnie w tym kluczowym momencie dochodzi do zapłonu czarnego pyłu drzewnego i pojawia się w nim mały dymiący ognik od którego zaczyna się żarzyć hubka. Powodzenie całego przedsięwzięcia zależy od zręcznego zgrania wszystkich czynności. No i oczywiście od siły i kondycji człowieka rozniecającego ogień tą metodą.
Świder musi być prosty, ponieważ gdyby był nieco krzywy jego rotacja mogłaby popsuć gniazdo w podkładce, oraz zakłócić tempo wiercenia.
Zawsze trzeba przyjąć pozycję klęczącą na jedno kolano, a stopą drugiej nogi należy docisnąć podkładkę do ziemi. Lewa ręka trzyma drewniany docisk, a w prawej trzyma się łuk. Dla wygody i stabilności można oprzeć lewe przedramię o piszczel lewej nogi, ale to już zależy od indywidualnych upodobań.
Zobaczcie, jak szybko wiruje wiatraczek ze sznurka przywiązany do świdra, w czasie energicznego wiercenia w podkładce.
W kluczowym momencie - gdy już wyraźnie będzie widać, że czarny pył zgromadzony na tacce dymi i najpewniej już się żarzy - przerywamy wiercenie i odkładamy ostrożnie podkładkę aby odsłonić efekt naszej pracy - dymiący zwęglony pył.
Pozostały w klinowym wycięciu podkładki pył drzewny można starannie wystukać na tackę (uważając przy tym by nie zgasić żaru który wciąż się dymi). Końcem noża można delikatnie nanieść na żar odrobinę brązowej hubki. I zacząć delikatnie dmuchać. Powinno to być raczej chuchnięcie niż poważniejsze rozdmuchiwanie, gdyż nagły silniejszy podmuch mógłby ponieść ze sobą dymiący ognik, no i wszystko by przepadło.
Unosimy teraz drewnianą tackę wraz z dymiącą hubką i przenosimy ją na przygotowaną wcześniej suchą rozpałkę. Trzeba wiedzieć, że na nic się zda samo rozżarzenie hubki. Trzeba będzie ją ostrożnie zawinąć w sporą garść suszu, by następnie delikatnym rozdmuchiwaniem doprowadzić do zapłonu. Źle przygotowany susz spowoduje, że rozpalenie może się nie udać. Wystarczy sam fakt, że susz nie będzie dostatecznie suchy i dobrze roztarty na włókna - i całe przedsięwzięcie związane z rozniecaniem ognia nie powiedzie się.

A oto kilka sposobów na pozyskanie i przygotowanie dobrego suszu do hubki. Należy nauczyć się jakich materiałów na rozpałkę będziemy potrzebować. Będą to:
  • suche roztarte w dłoniach trawy,
  • pojedyncze ususzone kawałki mchu,
  • włókna spod kory drzew liściastych,
  • strzępki puchu roślinnego,
  • pokruszone kawałki suchych paproci,
  • znalezione pośród krzewów opuszczone ptasie gniazda, które składają się z suchych traw i innych włókien roślinnych (mogą stanowić gotową rozpałkę, którą tylko trzeba rozetrzeć w dłoniach by nie była zbyt zbita),
  • suche kwiatostany niektórych traw.
Taki susz trzeba połączyć razem i rozdrabniać w palcach. Następnie trzeba uformować kształt przypominający ptasie gniazdo z płytkim zagłębieniem na hubkę po środku. Gdy taka rozpałka już się zapali, warto dorzucić do niej kilka pasków brzozowej kory, by podtrzymać palenie.
Teraz ostrożnie wkładamy żar w suchą rozpałkę i lekko dmuchając, by nie zgasła, delikatnie zawijamy ją w suche roślinne włókna. Uważając przy tym, by przypadkiem mocniej nie ścisnąć trzymanej porcji sianka - co najpewniej zgasiło by nasz mały jeszcze ognik.
Zawinąwszy już żar w rozpałkę trzeba ją unieść na wysokość twarzy i powoli lecz systematycznie rozdmuchiwać żar. Towarzyszący temu procesowi dym powinien stawać się coraz bardziej widoczny i powinno być go coraz więcej. To znak że mamy w rękach dobry materiał na rozpałkę, bo jest w nim coraz więcej żaru.
W takim momencie płomień może ogarnąć rozpałkę w każdej chwili i poparzyć ręce człowieka trzymającego taką dymiącą hubę. By dokończyć proces zapalania takiej porcji siana, warto przenieść wszystko na podkładkę z kory i dokończyć rozdmuchiwanie przy pomocy naszej rurki z dzikiego bzu. Również i ta czynność wymaga pewnej wprawy.
Gdy dojdzie już do zapłonu na kawałku kory można łatwo wszystko podnieść i podłożyć pod zapas chrustu i brzozowej kory w palenisku, no i mamy ogień.
Metoda którą tu opisałem jest jedną z najstarszych metod rozpalania ognia znanych ludzkości. Jest w niej coś mistycznego i tajemniczego zarazem. Dla mnie jest ona łącznikiem pomiędzy światem współczesnym, a światem naszych dalekich przodków. Opanowanie takiej sztuki rozpalania ognia to także świadectwo wyjątkowej determinacji i opanowania wiedzy dostępnej dla nielicznych.
W końcu - albo jesteście zdobywcami albo idziecie na łatwiznę rozpalając ognisko przy pomocy zapałek. Uznałem, że kandydat na człowieka lasu musi opanować tę metodę, poświęcając jej wiele czasu i wysiłku aby zdać ten trudny egzamin, ponieważ wiedza o sposobach rozniecania ognia przy użyciu naturalnych materiałów to klucz do przetrwania.
Nie zawaham się stwierdzić, że to właśnie opanowanie przez ludzi pierwotnych sztuki rozpalania ognia dało napęd rozwojowi naszej cywilizacji. W czasie zajęć terenowych, które czasem prowadzę, wiele czasu poświęca się rozpalaniu ognia różnymi metodami. Podobnie jak sposobom poszukiwania i zdobywania wody. Podobnie jak budowie różnego rodzaju leśnych schronień. I lekcji zbieractwa czyli sposobów wyszukiwania tzw. łatwej zdobyczy jak jadalnych larw, owoców, korzonków, owadów, grzybów, robaków, ślimaków itd.
Ale takie metody opiszę innym razem.

Uwaga! Kiedy trenujecie w terenie metody rozpalania ognia zachowajcie jak najdalej idącą ostrożność. Nigdy nie rozpalajcie ognisk w terenie bez przygotowania się do ewentualnego ugaszenia rozprzestrzenionego ognia. Zawsze przygotujcie miejsce na palenisko, oczyszczając je ze wszelkich elementów roślinnych odsłaniając pole na palenisko do gołej ziemi.
W promieniu co najmniej metra od ułożonego materiału na ognisko należy także oczyścić grunt do gołej ziemi. Ugaszenie ognia polega na całkowitym zdławieniu żaru poprzez polanie go wodą lub rozbicie na małe kawałki drewnianym polanem i zasypaniu ziemią. Doprowadźcie do całkowitego wypalenia się drewna niemal na popiół i żar. Zalejcie taki materiał wodą z jakiegokolwiek zbiornika wodnego lub w razie potrzeby oddajcie mocz na zarzewie paleniska.
Zawsze maskujcie starannie pozostałości po palenisku tak, by nie pozostał po nim żaden ślad. Ja zalewam wodą wygaszone palenisko i mieszając wraz z ziemią robię coś w rodzaju błota następnie przy użyciu kawałka kory lub łopatki rozrzucam taką substancję wokół.
Palenisko likwiduję i maskuję tak, by miejsce w którym powstało wyglądało tak samo jak wtedy zanim zabrałem się za jego budowę.


Kilka słów dodatkowo…..

…. Wiecie tak sobie myślałem, że powinienem coś jeszcze dodać. Jakiś jeszcze jeden mały ale jednak duży sekret odnośnie rozniecania ognia i poszukiwania rozpałki…

Powoli przybliżam Wam elementy swojej sztuki człowieka lasu, opatrzonej dodatkowo moim własnym stylem. I jeśli uda mi się zachęcić Was do tego, byście weszli na szlak leśnej przygody - gdzie sami po raz pierwszy użyjecie metod opisywanych przez nas autorów na tej stronie internetowej to będzie pewien sukces. Do moich chyba niezmiennych już traperskich obyczajów zaliczyć można ten dość szczególny sposób rozpalania ognia, właśnie za pomocą łuku i drewnianego wiertła. Uważam tę umiejętność za wskaźnik traperskiego kunsztu i symbol odwiecznej walki człowieka o przetrwanie. Rozpalając ogień tradycyjnymi metodami mogę stać się za każdym razem zdobywcą, który dosłownie wie jak stworzyć ogień, nie sięgając wcale do kieszeni po zapałki czy krzesiwo, ale sięgając po dary natury. Dzikie ostępy, odludne tereny, duży stary las - to może być prawdziwy supermarket dla kogoś, kto dysponuje wiedzą naszych przodków o tym co można wykorzystać, i o jakiej porze roku
W skład mojego tradycyjnego zestawu do rozpalania ognia wchodzą m.in. kawałek suchej sosnowej lub wierzbowej gałęzi, w której to wykonuję kilka specjalnych otworów i nacięć jako podkładkę pod świder, który wykonuję zazwyczaj z kawałka leszczynowego pędu. Oczywiście jak już wiecie oba te elementy są z suchego drewna. Mam też drewniany klocek pełniący funkcję elementu dociskowego. Można by go nazwać rękojeścią takiej pierwotnej zapalniczki. Taki element może być wykonany ze świeżego drewna (pisałem o tym bo tak jest moim zdaniem najlepiej). No i oczywiście mały łuk, który może być wykonany z kawałka świeżej gałęzi na miejscu. Jego cięciwę wykonuję z odpowiedniej długości plecionej linki z rdzeniem. Ja używam linki żeglarskiej, takiej samej też używam jako sznurowadła, ściągaczy w plecaku i w mojej kurtce. W specjalnym woreczku mam zawsze odpowiednią suchą rozpałkę. Uszyjcie sobie podobne sakiewki. Niekoniecznie ze skóry. Kiedyś szyłem takie sakiewki z kawałków częściowo wyprawionych skór dzikich zwierząt - podobnie jak czynili to dawni traperzy. Szycia wykonywałem rzemieniami a część skóry pokryta futrem była skierowana na zewnątrz. Robiłem też kołczany, w których nosiłem zastawy do rozniecania ognia.
Czasem, gdy nie ma wokół żadnych suchych traw czy roślin z których mógłbym zebrać odpowiedni puch, zabieram się za poszukiwania drzew z których można oderwać korę.

I NIECH TO BĘDZIE NOWY LEŚNY SEKTET O KTÓRYM WIEDZĄ NIELICZNI.

Najlepsze do tego celu są drzewa liściaste uschłe już od dawna lub ich gałęzie. Wybieram dęby, topole, lipy lub osiki.
Wystarczy nawet odpowiednia sucha gałąź z której łatwo jest zdjąć korę by następnie rozetrzeć ją w dłoniach na włókna. Inaczej rzecz się ma ze zdejmowaniem kory z suchych drzew. Przydaje się wtedy nóż lub toporek. Ale jeśli takie drzewo jest już od dawna uschłe - korę można zdjąć nawet mocnym pociągnięciem ręki.
Teraz, mając już do dyspozycji zapas kory, można zabrać się za zestrugiwanie przy pomocy noża włóknistej wewnętrznej warstwy. Oczywiście jeśli będzie ona trochę wilgotna należy ją potem wysuszyć.
Do obróbki kory należy się przygotować, wybierając uprzednio wygodne miejsce np. jakiś kamień lub belkę do położenia na nim kory, lub rozkładając bluzę na ziemi po to by łatwo było zebrać wszystkie włókna, które ewentualnie mogłyby upaść na ziemię. Strugać należy w poprzek kawałka kory ostrą krawędzią noża. Tak oto powstaje całkiem spory pęk suszu na rozpałkę. Taki materiał można zbierać w znacznych ilościach i w ciepły pogodny dzień dodatkowo suszyć na słońcu.

Koniec części 4 (niecenie ognia)

Poprzednie - część 1 (teoria i schematy), część 2 (przygotowanie zestawu do niecenia ognia), część 3 (robienie hubki)

E-mail do autora tekstu


do góry strony

survival_zielona_kuchnia