strona główna survival patenty rośliny jadalne i użytkowe, galeria tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki nowości zrób to sam filmy i programy, aktualnie w TV sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć? jedzenie kontakt umiejętności podstawowe i zaawansow. spis treści, słownik, szukaj

Fragment książki Andrzeja Trembaczowskiego "Zanim wyruszysz"

Żywność zdobyta - łowy


"Kiedy jest się na odludziu zdanym tylko na siebie, trzeba cały czas polować. (...) Moi rodzice zjedli kiedyś w ciągu jednej zimy trzy łosie, jednego niedźwiedzia, kilka karibu i mimo to pod koniec lutego głodowali".

Jean Aspen, "Alaska we dwoje".

Entuzjaści prawdziwego survivalu żywią się tym, co zdobędą samodzielnie. Niepotrzebne są sklepy. Istnieją inne, prastare sposoby zaopatrywania spiżarni: zbieractwo, rybołówstwo i myślistwo. Nic się w nich nie zmieniło. Polowanie na grubego zwierza prymitywnymi metodami, bez broni palnej, w przemyślnie skonstruowane pułapki, zamaskowane wilcze doły i zapadnie oraz wnyki jest całkiem skuteczne. Średnią zwierzynę można upolować przy pomocy łuku, dzidy, lassa lub bolas. Drobną ustrzelić z procy. Takie metody stosowali koczownicy w pradawnych czasach. Stosowane są jeszcze i dziś tam, gdzie cywilizacja techniczna nie dotarła. Pozyskiwanie zwierzyny prostymi metodami jest zatem możliwe, przynajmniej pod względem technicznym. Czy jednak naprawdę nic się nie zmieniło?

Współczesne łuki i kusze zrobione z włókien węglowych to supernowoczesna broń, która może z powodzeniem konkurować nawet z bronią palną. Strzała z takiej kuszy potrafi przestrzelić na wylot niedźwiedzia. Z takim narzędziem nie może równać się prymitywnie sklecony łuk własnego wyrobu. Można oczywiście zrezygnować z technicznych nowości i udogodnień, będzie w tym pewna konsekwencja. Jednak nie tylko w nowoczesnych materiałach leży dzisiaj różnica. W dzisiejszych czasach proporcje ilości zwierzyny do ilości ludzi zmieniły się ogromnie - na niekorzyść zwierzyny. Współczesnymi źródłami żywności są: rolnictwo i hodowla. Z polowania może wyżywić się pojedynczy człowiek lub mała grupka i to nie na dłuższą metę. Ktoś, kto wbrew swej woli znajdzie się w sytuacji przymusowej i musi zdobyć żywność, prędzej upoluje dziś psa niż sarnę, taka jest prawda.

Być może rozczaruję więc kogoś w tym miejscu, ale nie będę opisywał szczegółowo metod polowania na dziką zwierzynę. Wszelkie formy kłusownictwa - bo tak należałoby takie metody zaklasyfikować - są i tak nazbyt rozpowszechnione w naszym kraju i raczej należy je tępić, niż propagować. Kłusownik zna oczywiście doskonale swoje rzemiosło i nie dowiedziałby się z tej książeczki nic nowego (o ile w ogóle czyta książki, co jest raczej wątpliwe). Po cóż jednak szkolić naśladowców? Nie jestem niekonsekwentny, zastrzegłem się przecież, że nie piszę podręcznika do survivalu. Nawet nie chodzi mi o prawną stronę zagadnienia, ale o uchronienie zwierząt przed ludzką zachłannością i głupotą. Jeżeli wywołałem niedosyt - odsyłam np. do książki Hansa-Ottona Meissnera. Praktyczną umiejętność oprawiania zwierzyny, ściągania skóry, porcjowania mięsa najlepiej zdobyć podczas wycieczki na wieś po cielęcinę, świniaka lub barana. A jeżeli ktoś koniecznie chce zjeść własnoręcznie upolowaną przez siebie zdobycz - niech złapie żabę. Pewnie, że to mało ambitne. Ambitni łowcy grubej zwierzyny mają jednak inną możliwość zaspokojenia myśliwskiej pasji: Polski Związek Łowiecki.

Ryby

Pozostaje rybołówstwo i zbieractwo. Ryby można łowić metodami "myśliwskimi": łukiem, dzidą, harpunem, ością lub "rybackimi", czyli w kosze, wiersze i sieci, a także na różne zestawy haczykowe: sznury, pupy, wędy i wędki. Całe to bogactwo rozmaitych możliwości pominę z powodów tych samych, jakie przedstawiłem wyżej. W Polsce kłusownictwo jest naprawdę bardzo uciążliwym problemem i nie należy rozpowszechniać takich metod! Od dawna ryby, tak jak inne dziko żyjące zwierzęta "nie rosną same". Bez opieki człowieka wytępiono by je dawno. Ktoś o nie dba, ktoś chroni te wody i je zarybia. I tylko dzięki temu nasze rzeki i jeziora jeszcze nie są martwe. Po dziś dzień żyją w nich pstrągi, lipienie, głowacice, trocie, sandacze, szczupaki. Kaczki ich nie przyniosły, nie powstały też z wodnej piany. Zostały wyhodowane sztucznie i bynajmniej nie za darmo. Wyławianie ryb zakazanymi metodami jest zwyczajnym złodziejstwem! To tak samo, jakby polować na cudze kury w kurniku lub krowy na pastwisku. Doprawdy dziwne, że ten fakt tak oczywisty, przenika tak trudno do świadomości społecznej. Łowienie ryb jest jednak najzupełniej możliwe. Wystarczy zgłosić się do najbliższego koła wędkarskiego, opłacić licencję i zapoznać się z przepisami. Ograniczmy się tylko do metod zgodnych z regulaminem wędkarskim, a zaspokoimy łowcze ambicje i zdobędziemy pożywienie. Być może nawet rozsmakujemy się w wędkarstwie i nasze widzenie świata stanie się troszkę bogatsze?

Na takie haczyki i spławiki z kory złowiliśmy 3 karpie

Wędkarzy w Polsce jest prawie milion. Wiedzą oni doskonale, jak łowić i niczego nowego tutaj nie napiszę, bo to nie ma być poradnik wędkarski. Wędkarzom-włóczęgom, miłośnikom survivalu poradzę tylko, by nie zabierali na taką poniewierkę sprzętu drogiego i podatnego na uszkodzenia. Sprzęt - wędka to: haczyk, żyłka i wędzisko, czyli kij. Taki zestaw wymagany jest przez regulamin. Przepisy o długości wędzisk mówią tylko że mają mieć "co najmniej 30 cm" nie określają na szczęście z czego mają być zrobione. Mogą być więc, jeżeli chcemy, zrobione z bambusa, leszczyny i jałowca, byleby były nie więcej niż dwie, a każda tylko z jednym haczykiem (wyjątek: sztuczna muszka, ale łowienie na nią jest sztuką wyższego lotu). Dla początkującego "moczykija" lepszy będzie sprzęt solidniejszy, niż bardzo delikatny. Prymitywną wędkę można zrobić z leszczyny, jałowca lub innego lekkiego i sprężystego drzewa. Rozmiary, giętkość i grubość końcówki będą zależeć od przeznaczenia. Podobnie rzecz ma się z haczykiem i żyłką. Na większe ryby nieodzowny jest zapas żyłki: na kołowrotku lub motowidle, jeżeli ma to być samodzielnie sklecona wędka.

Co, gdzie i na co można łowić? Nie złowimy ryby nawet i supersprzętem, jeżeli nie wiemy, gdzie jej szukać. Rzecz jasna, że w wodzie, ale to bardzo ogólne sformułowanie. Niezbędne zatem będzie minimum znajomości podwodnego świata i panujących w nim obyczajów. Ryby zamieszkują małe rzeczki i strumienie, większe rzeki, małe zbiorniki wodne i jeziora. Gdzie ich szukać? Przede wszystkim tam, gdzie czują się bezpiecznie, to oczywiste. Różne gatunki mają jednak różne swoiste upodobania. Są takie, które lubią szybko płynącą i dobrze natlenioną wodę, i takie, które wolą zarośnięte zacisze. Jedne uwielbiają wygrzewać się na słońcu, inne cenią półmrok i kryją się w jamach pod krzakami lub w mrocznej głębinie. Jedne tkwią nieruchomo w swojej kryjówce, inne stale są w ruchu. Podwodny świat jest bardziej zróżnicowany niż się może wydawać i nowicjusz nie od razu połapie się w tym wszystkim.

Ryby są płochliwe jak każda zwierzyna. Dostrzegą zbliżającego się człowieka, nawet jego cień wcześniej, niż on wypatrzy je w toni. Zareagują na każde nieostrożne stąpnięcie, każdy wstrząs gruntu. Wcale nie łatwo je podejść! Lecz jak i inne żywe stworzenia muszą jeść, a to daje nam szansę udanych łowów. Co jedzą? Prawie wszystkie nasze ryby są mięsożercami, choć tylko niektóre aktywnymi drapieżnikami. Większość ryb zadowala się drobną zdobyczą, którą można ogólnie określić (niech mi darują zoolodzy) "podwodnym i nadwodnym robactwem". Wszystko, co małe i w wodzie żyje lub co żywego trafia do wody nadaje się do zjedzenia. Jest tych drobnych żyjątek sporo, zamiast wyliczania proponuję sięgnąć po odpowiednią książkę - to temat ciekawy sam w sobie. Istnieją też w naszych wodach ryby drapieżne. Te polują aktywnie na mniejsze ryby, nawet własnego gatunku, oraz na żaby, raki, drobne gryzonie, małe kaczuszki... no, bardzo wielkich potworów w naszych wodach nie ma.

Zawsze możemy spodziewać się ryb na skraju podwodnej roślinności. W takich miejscach ryby znajdują i kryjówki, i pożywienie. W wodach stojących dobrymi łowiskami są trzcinowiska z wodą przynajmniej do pasa, a także okna pośród pływających nenufarowych liści, sąsiedztwo zatopionych drzew oraz pomosty, z których myje się naczynia. W bieżącej wodzie znajdźmy jakieś zakole, jakieś miejsce z wodą głębszą, nurtem spowolnionym, lecz w pobliżu płynącej, żywszej wody. Ryby ustawiają się zawsze pod prąd, najczęściej za jakąś osłoną: kamieniem, pniakiem, kępką zielska. Zawsze tak, by mogły obserwować, co znosi woda i w każdej chwili dopaść i schwytać okazyjny kąsek.

Ryby można zwabić sypiąc do wody pokruszony chleb, ziarna zbóż, mąkę, mleko w proszku, gotowane ziemniaki. Jednak nie przesadzajmy z ilością sypanych produktów, chodzi o przywabienie ryb, a nie o ich karmienie. Nęcić trzeba oczywiście w pobliżu rybich stanowisk. Nic nie da nęcenie w miejscach, gdzie nie ma ryb. Dość łatwo można zwabić w ten sposób ryby w wodzie stojącej. W rzece o wartkim nurcie trzeba zanętę zmieszać z gliną, uformować gały wielkości pięści i dopiero w takiej postaci wrzucać do wody. Systematyczne zanęcanie tego samego miejsca przez kilka dni uczyni je atrakcyjnym łowiskiem. Te skrótowe informacje o rybach i ich obyczajach wystarczą, by je łowić, a przynajmniej by spróbować łowienia. Niezbędny jest także zmysł spostrzegawczości.

Jak ryby łowić? Nowicjuszowi niech wystarczy na początek "zwykła wędka", trzymetrowej mniej więcej długości, z żyłką o pół metra krótszą, o wytrzymałości ok. dwóch kilogramów, spławikiem, ołowianym ciężarkiem i haczykiem nie za wielkim. Takim sprzętem można złowić ryby nawet półkilogramowe. Spławik - z piórka lub korka - przymocowany jest do żyłki tak, by można go było po niej przesuwać. Utrzymuje się na powierzchni wody, unosi zestaw i - najważniejsze - informuje o tym, co dzieje się z haczykiem. Kiedy zatonie, niekoniecznie musi oznaczać to "branie ryby", czasem to tylko haczyk zaczepi o dno. Na haczyk zakłada się przynętę, najczęściej tzw. "robaka", czyli dżdżownicę. Jak ją zdobyć? Wykopać z ogrodowej ziemi, spod darni na łące, znaleźć pod dużym kamieniem, deską, drewnianą kłodą. Wie każdy, że dżdżownice wyłażą po deszczu na powierzchnię (stąd ich nazwa), ale nie każdy wie, że można je także zbierać nocą, przy latarce. W ten sposób zdobędziemy zwłaszcza te duże, tzw. "rosówki". Przynętą może być każdy jadalny kąsek, oby tylko trzymał się haczyka. Jakaś larwa, pędrak, gąsienica, konik polny, chrząszcz, mucha, ślimak, pijawka, kawałek chleba lub makaronu. Powyżej haczyka z przynętą umieszcza się ciężarek tak dobrany, by spławik był wyważony, tzn. zanurzony w większej części pod wodą. Nie może być za duży, bo ryby wyczują większy opór. Lepiej dać dwa ciężarki niż jeden, wówczas zestaw jest bardziej czuły. Do precyzyjnego wędkowania zakłada się kilka starannie dobranych i odpowiednio rozmieszczonych ciężarków, ale od biedy wystarczą te dwa na początek. Dolny ciężarek umieszcza się mniej więcej kilkanaście centymetrów od haczyka. Odległość od haczyka do spławika też jest bardzo ważna, wędkarze nazywają ją "gruntem". W bieżącej wodzie powinna być nieco większa niż głębokość łowiska, wówczas dolny ciężarek sunie po dnie, a unoszona nurtem przynęta porusza się tuż nad dnem. W wodzie stojącej lepiej umieścić przynętę ponad dnem - odległość między spławikiem a haczykiem powinna być nieco mniejsza niż głębokość łowiska. Niezbyt to wydaje się skomplikowane, ale to taka bardzo pobieżna zasada.

Ostrożnie i delikatnie zarzucamy tą naszą wędkę do wody (oczywiście kij trzymamy nadal w ręku) i teraz ta słynna wędkarska cierpliwość - jeżeli łowca zachowuje się spokojnie, a miejsce jest trafnie wybrane, wcale nie musi czekać długo! Przynętą coś się zainteresuje, zwykle okoń, krąp lub płoteczka i weźmie ją w obroty. Wówczas spławik rozpocznie swą zasadniczą rolę: będzie drgać, podskakiwać, sunąć pod prąd, wreszcie pogrąży się w wodzie. Radzę poczekać i upewnić się, że ryba dobrze pochwyciła przynętę. Jeżeli przez dwie-trzy sekundy spławik porusza się zdecydowanie w bok lub pod wodę, należy szarpnąć (z wyczuciem!), czyli "zaciąć rybę". Jeżeli jest nie większa od dłoni - unieść ją na kiju, jeżeli spora - dociągnąć do brzegu i chwycić ręką. Teraz obejrzeć zdobycz, ocenić, czy nie za mała (wymiary ochronne!) i umieścić w siatce lub koszyczku.

Większej ryby nie wyjmiemy tak łatwo. Gdy jest w pełni sił, zerwie żyłkę lub połamie wędkę. Cała sztuka polega na tym, aby pozwolić rybie krążyć, kontrolując jej ruchy wędziskiem. Po kilku-kilkunastu minutach ryba zmęczy się i możemy doholować ją do brzegu. Jeżeli jest płaski, wciągniemy ją płynnym ruchem, jeżeli stromy - trzeba chwycić ręką. Chwyta się od góry za kark, tuż za pokrywami skrzelowymi, które dają oparcie dla palców podczas szamotaniny. Dużej ryby nie sposób utrzymać na małym obszarze. Zacięta szaleje, wyskakuje ponad wodę, odpływa gwałtownie i po prostu żyłka się kończy. Niezbędny jest większy zapas żyłki na kołowrotku. Możemy pozwolić wtedy rybie na dłuższe "odjazdy", uważając by nie wlazła w jakieś mocne chaszcze. To już jednak wyższa szkoła wędkowania. Na początek niech ta garstka informacji wystarczy. Resztę zrobi wprawa, dalsze doskonalenie umiejętności pod okiem Mistrza, jak też rzetelna wiedza z wcale bogatej literatury. Bo wędkarstwo wciąga, a kto pozna się na tym, kto dostrzeże, jak wspaniałe przedstawia możliwości, rozsmakuje się w tej szlachetnej formie spędzania czasu i nie zadowolą go już "byle jakie łowy ryb na zwykłe wędki" - będzie dążył do doskonałości. Ale to już historia z całkiem innej bajki...

Złowione ryby trzeba zabić i trzymać w cieniu. Jak najszybciej należy połów zabezpieczyć, zwłaszcza podczas upalnej pogody. Obłożenie liśćmi pokrzywy ratuje przed szybkim zepsuciem. Sprawianie nie jest trudne, chyba że ryby zaschną. Darujmy sobie skrobanie okoni. Mają łuskę drobną, lecz twardą jak pancerz. Nie oskrobana usmaży się na chrupko i stanie się niewyczuwalna. Tak samo nie warto męczyć się ze skrobaniem lina. Z pozostałych ryb łuski schodzą dość łatwo.

Rybę kładziemy na lewej dłoni, głową ku sobie i skrobiemy od ogona ku głowie oraz od grzbietu do brzucha. Dopiero po oskrobaniu rozcinamy jamę brzuszną, też w kierunku głowy i wyrzucamy wnętrzności. Najlepiej je zakopać. Węgorza, miętusa i suma nie skrobie się, tylko patroszy. Nie ściąga się z nich skóry, nie ma takiej potrzeby. Okonie, sandacze, jazgarze i sumiki amerykańskie mają ostre promienie płetw. Podczas czyszczenia uważajmy więc, by nie skaleczyć się ani nie zakłuć. Nawet drobne ranki długo się goją, jeżeli wniknie w nie rybi śluz, a świeża krew węgorza i lina zawiera toksyny podobne do jadu żmii.

Rybie tuszki płuczemy w czystej wodzie, odsączamy, solimy i jak najszybciej przerabiamy dalej. Mięso rybie jest delikatne i łatwo się psuje szczególnie w cieple i wilgoci. Spożycie nieświeżej ryby może mieć nawet smutne następstwa. Jeżeli więc skrzela utracą żywą, czerwoną barwę, mięso straci jędrność i zaczną wyłazić ości - lepiej takiej ryby nie jeść.

Raki, żaby i ślimaki

"Na bezrybiu i rak ryba" - powiada stare rybackie porzekadło. Bardzo stare, bo dziś łatwiej o ryby niż o raka. Z trzech gatunków raków występujących w naszych wodach dwa stały się rzadkie i są chronione. Łowić wolno tylko raki pręgowane. Mają one charakterystyczne plamki na odwłoku, stad ich nazwa. Raki te zamieszkują jeszcze większość jezior na północy kraju i niektóre czystsze rzeki. Dawniej łowiono raki w tzw. "bębenki". Były to pułapki z przynętą umieszczaną w środku. Bębenki stawiano na noc i wyjmowano rankiem. Do naszych potrzeb wystarczająco dużo raków nałowimy rękami. Najłatwiej łowić je w jeziorach na przybrzeżnych płyciznach, na które wychodzą nocą. Gromadzą się zwłaszcza tam, gdzie często zmywa się naczynia.

O powodzeniu łowów decyduje dobra latarka, bystry wzrok i refleks. Oprócz latarki potrzebna będzie siatka bądź koszyczek na naszą zdobycz i jakieś kapcie-tenisówki na nogi. Łowy są łatwe. Brodzimy w wodzie "od kolan do pasa" i oświetlamy dno. Jeżeli trafimy raka silnym snopem światła - umknie w popłochu, lepiej więc dostrzec go, zanim znajdzie się w jasnym kręgu. Wkładamy wtedy drugą rękę powoli do wody, celując tak, by chwycić zdobycz od tyłu za pancerz, tuż za szczypcami. Jeżeli rak ruszy gwałtownie można szybko docisnąć go do podłoża i poprawić uchwyt. Gdy jest zaniepokojony, unosi szczypce ku górze. Można wtedy odwrócić jego uwagę oświetlając dno tuż przed nim. Jasna plama zainteresuje raka, co ułatwi nam zaskoczenie. Jeżeli rak spłoszy się, szurnie gwałtownie w tył i zniknie w kłębach poderwanego z dna mułu. Znajdziemy go w innym miejscu, o ile uda nam się odgadnąć kierunek jego ucieczki. W ten prosty sposób dość szybko złowimy nawet kilkadziesiąt raków. Po cóż więcej? Raki to raczej przysmak niż danie zasadnicze. Małych raczków nie łapmy, niech lepiej urosną. Pozostawmy też w spokoju samice z jajeczkami przyczepionymi do spodniej strony odwłoka.

Złowione raki najlepiej umieścić w koszyczku. Nie musimy przechowywać ich w wodzie. Raki potrzebują sporo tlenu i tylko woda bieżąca lub bardzo często zmieniana zapewni im wystarczające warunki. Mogą jednak oddychać także powietrzem atmosferycznym, oby tylko nie wyschły. Umieśćmy więc koszyczek w chłodnym, ocienionym miejscu. Mięso raka jest bardzo delikatne i łatwo ulega rozkładowi. Nieżywe raki absolutnie nie nadają się do jedzenia.

Raki wrzuca się żywcem do wrzątku - giną od razu. Nie jest to może sympatyczny, ale jedyny sposób uśmiercania raków. Po dziesięciu minutach gotowania w lekko osolonej wodzie nadają się do spożycia. Zjada się odwłok, czyli część ogonową, oraz szczypce. W smaku są wyborne, lecz wydłubanie smakowitego kąska wymaga wprawy. Rakami można się raczyć, lecz najeść się nimi nie sposób, prędzej rozbolą nas palce od rozłupywania twardych pancerzy.

Inną "zwierzyną łowną" zamieszkującą wody są żaby. Jednak od pierwszego kwietnia 1995 roku większość polskich żab objęto ochroną. Wolno łowić tylko duże zielone żaby wodne (nie mylić z małymi, zielonymi rzekotkami, które mieszkają na drzewach). Wodna żaba jest ostrożna i zwykle w porę zdąży umknąć pod wodę, wcale nie tak łatwo ją schwytać. Mięso żabich udek jest bardzo delikatne, ale to także skromny kąsek, którym się nie najemy.

Jeszcze innym frykasem są ślimaki winniczki. Nie wszędzie występują. Spotkamy je w liściastych zaroślach po deszczu. Jak je przyrządzać? Podobnie jak raki wrzuca się je do wrzątku. Po kilku minutach wydłubuje ze skorupki i czyści tak, by pozostała tylko mięsista noga. Następnie smaży się je w tłuszczu lub dusi z cebulką.

Większość naszych zwierząt jest jadalna, co nie oznacza, że warto je chwytać w celach kulinarnych. Nie zaspokoimy nimi głodu, nie zadowolą nas także wybornym smakiem. Chwytając je, wyrządzamy tylko niepotrzebnie szkodę w środowisku naturalnym.


ślimaki gotowe do jedzenia

I to tyle jeśli chodzi o tekst Andrzeja. Od siebie dodam, że jadłem ślimaki według przepisu Krisa: Ślimaki moczyć przez godzinę w słonej (lub kwaśnej) wodzie, dokładnie wypłukać kilka razy, gotować 8 minut, wyjąć ze skorupek (odciąć nogę zaraz za krawędzią skorupki), oczyścić, gotować pół godziny z ziołami.
Ode mnie: nie przesadzać z tymiankiem.

Z różnych źródeł wiem, że można jeść: żaby, koniki polne (szarańcza), dżdżownice, pędraki. Macie może jakieś przepisy albo opinie? Przyrządzanie mrówczych jaj pokazywał Ray Mears w swoim programie na Discovery Channel ale w Polsce rozkopywanie mrowisk jest zabronione.


do góry strony