strona główna survival patenty rośliny jadalne i użytkowe, galeria tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki nowości zrób to sam filmy i programy, aktualnie w TV sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć? jedzenie o autorze umiejętności podstawowe i zaawansow. spis treści, słownik, szukaj

Powiadają, że człowiek bez picia może wytrzymać trzy dni, a bez jedzenia (tylko pijąc) może przeżyć trzy tygodnie. W Polsce nie ma tak dzikiego miejsca, z którego nie moglibyśmy się wydostać do cywilizacji w ciągu dwóch-trzech dni. Więc właściwie po co uczyć się o "traperskim" jedzeniu? Odpowiadam: dla frajdy i na wszelki wypadek. Czy tak trudno wyobrazić sobie skręcenie nogi w czasie zbierania grzybów? A tu kolega gdzieś przepadł i komórka straciła zasięg... Albo powódź, ewakuacja i czasowe odcięcie od dostaw żywności...? To już było!

Do jedzenia w survivalu (jak i do całego survivalu) mam trojakie podejście:

  1. Przed wyprawami na krótszych wycieczkach "ćwiczebnych" - trenuję różne techniki i w "bezpiecznych" warunkach robię eksperymenty (również kulinarne).
    Mogę przyzwyczajać się do uczucia głodu, żeby później było mi łatwiej poradzić sobie z tym odczuciem. Ćwiczę rozpoznawanie roślin jadalnych i pokonuję w sobie wstręt do jedzenia "dzikiego białka".
  2. Na wypadzie specjalistycznym ale nie kulinarnym, chcę się z kolei skupić na zadaniu - na gotowanie poświęcając jak najmniej czasu. Wtedy używam "gotowców", potraw z proszku i szturmżarcia.
  3. W sytuacji awaryjnej - mogę wykorzystać całą swoją wiedzę i umiejętności, żeby pomóc sobie i innym. Dzięki wcześniejszym doświadczeniom wiem, że kilkudniowa głodówka mnie nie zabije, że mam czas na reakcję i działanie. Wiem jednocześnie, ile pracy będzie mnie kosztowało zdobycie konkretnego rodzaju jedzenia i będę umiał przygotować potrawę z dostępnych produktów.

Przed wyruszeniem w teren trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: Co będziemy jeść i skąd to weźmiemy?

Jeśli zabierzemy ze sobą WSZYSTKO - również wszystko będziemy musieli NOSIĆ. Ale mamy pewność że nie będziemy głodni. Również przygotowanie posiłku będzie nam zajmować minimalną ilość czasu. Jest to bardzo dobre podejście jeśli na naszej wyprawie nastawiamy się na np. wspinaczkę skałkową lub budowę przeprawy rzecznej i nie chcemy tracić czasu na gotowanie. Gorzej jeśli nasza wyprawa ma potrwać dłużej a do najbliższego sklepu jest kilkanaście kilometrów. Wtedy plecak będzie cięższy...

Ostatniej zimy Łukasz zaproponował mi, żebyśmy na wiosnę "wyskoczyli na weekend bez jedzenia". Nie myślał tu bynajmniej o weekendowej głodówce, tylko o wyprawie, na której będziemy się żywili tylko tym, co znajdziemy i złapiemy. Żeby tego próbować warto wcześniej "na spokojnie" zapoznać się z jadalnymi roślinami (i zwierzętami) występującymi w naszej okolicy. Nie zachęcam tu bynajmniej do zastawiania wnyków czy "polowania" na dzikie psy. Jest inna "zwierzyna" łatwa do złapania a jednocześnie pożywna: ślimaki i pasikoniki. Do jedzenia żab na razie nie zachęcam - Na polowanie zużywa się często więcej energii, niż jej uzyskamy ze zdobytego mięska. Będziemy musieli przy tym pokonać opory psychiczne.
Nie znam się na łowieniu ryb więc poprosiłem innych żeby mi o tym napisali: Łowienie ryb, wędkarstwo a survival.

Kiedyś w programie "Rozbitkowie" widziałem jak uczestnicy programu złapali ośmiornicę. Nie wiedzieli jak ją przyrządzić więc ją smażyli i smażyli. Po czym ośmiornica zrobiła się tak gumowata, że większość z nich po prostu ją wyrzuciła. Jakie błędy zrobili? Kilka: Po pierwsze: Zaczęli smażyć od razu całe posiadane mięso, zamiast spróbować na mniejszych kawałkach kilku sposobów przyrządzania. Po drugie: Jeśli już mięsa nie dało się pogryźć, należało je pokroić na mniejsze kawałeczki - żeby je można było połknąć bez gryzienia (żołądek sobie poradzi). I ostatnie spostrzeżenie - chyba jeszcze nie byli naprawdę głodni, skoro wyrzucili jedzenie.

Osobiście najbardziej mi odpowiada wariant pośredni - odchudzić plecak a mimo to nie być głodnym. Jednak prawdziwym wyzwaniem jest zabrać ze sobą tylko podstawowe produkty - jak mąka, sól czy tłuszcz i przyrządzić z nich smaczny posiłek, dodając to co się znajdzie w terenie.

Jeśli ktoś chce sobie obliczać, ile kalorii powinien zjeść na wyprawie - niech sobie liczy. Są tacy, którzy biorą pół chleba i konserwę dziennie na osobę. Ja stosuję rachunek przybliżony: na wyprawie jem o 20-50% więcej niż w domu. Żeby nie nosić zbędnych kilogramów staram się zaplanować posiłki. Poza tym uważam, że własnoręczne zrobienie czegoś (czy to posiłku czy narzędzi) z surowców podstawowych, jest świetnym ćwiczeniem survivalowym.
A jeśli kilka dni będziesz głodny - nic Ci się nie stanie. Organizm ma takie zapasy, że sobie poradzi. Wręcz wyjdzie Ci na dobre, jeśli spalisz trochę starych zapasów tłuszczyku...
Z doświadczenia na rajdzie Harpagan wiem, że jedzenie w sytuacji ekstremalnej jest potrzebne głównie mojej psychice. Kiedy burczy mi w brzuchu mam coraz większą ochotę zatrzymać się przy sklepie, przestać się męczyć, a nawet zejść z trasy. Ale jeśli wrzucę do żołądka cokolwiek, żeby przestał protestować, będę mógł chodzić godzinami mimo, że zużywam wtedy więcej energii niż zawierało jedzenie.
Za to jeśli dłużej jesteście głodni, sprawa jest poważniejsza - mimo że organizm jeszcze nie wyczerpał swoich zapasów, to jednak wrażenie głodu powoduje dyskomfort i obniżenie odporności psychicznej. Głodni ludzie stają się drażliwi - a to utrudnia przetrwanie grupy. Za to wrażenie ciepła i sytości, jak również urozmaicenie jadłospisu polepsza samopoczucie.

Bez jedzenia najwspanialsza wyprawa może się stać katorgą.

Swoje doświadczenia na temat jedzenia podzieliłem na kilka części:

Inne ankiety

do góry strony