Pewnego jesiennego dnia szliśmy sobie przez mokry kaszubski las. Moi trzej towarzysze byli nowicjuszami i było oczywiste, że to ja będę rozpalał ognisko obiadowe. Cała okolica była mokra i już od godziny wyszukiwałem i zbierałem rozpałkę. Przy samym pniu świerka można znaleźć drobne suche gałązki, które rozpalą się od KAŻDEGO płomyka. Obłamane przy samym pniu dzieliłem na pojedyncze patyczki i chowałem w kieszeni koszuli pod kurtką - żeby się ogrzały i nie zamokły. Trochę grubszych patyków, drobnego chrustu, wręczałem moim kolegom, żeby je ogrzali za pazuchą. Kawałek kory brzozowej leżał już od dawna w mojej ładownicy.

Szliśmy aż zgłodnieliśmy i znaleźliśmy odpowiednie miejsce - świerkowy młodnik zasłaniający przed wiatrem z małą polanką pośrodku. Tam odgarnąłem butem ściółkę na powierzchni około 1m². Koledzy zostawili mi swój ogrzany chrust i zaczęli zbierać paliwo - chrust i gałęzie. [Wiem, że to było mniej niż 100 metrów od lasu, ale przy takiej wilgoci nie udałoby się nam podpalić lasu nawet gdybyśmy chcieli.]

  1. Z 4 patyczków wbitych parami na krzyż w ziemię zrobiłem stojaczek. Na nim położyłem rozpałkę - dość ściśle ale z przerwami na płomienie. Zużyłem tylko połowę zebranych patyczków - resztę zostawiłem sobie na wypadek, gdyby mi się nie udało rozpalić za pierwszym razem. Pod rozpałką zostawiłem puste miejsce.
  2. Na rozpałce i wokół niej rozłożyłem drobny chrust, ogrzany przez moich kolegów, tak żeby sięgały do niego płomienie z rozpałki. W tej warstwie i w następnych zostawiłem przerwę od strony nawietrznej - tędy miałem wetknąć zapałkę pod rozpałkę.
  3. Następnie ułożyłem (i ustawiłem) warstwę grubego chrustu przyniesionego przez kolegów z okolicy młodnika.
  4. Ostatnia była warstwa gałęzi.
  5. Na koniec w luce pod rozpałką położyłem podpałkę - drobne wiórki kory brzozowej. Mogłem to zrobić na początku ale bałem się że zamoknie podczas układania ogniska.

Warto przy układaniu ogniska zwracać uwagę gatunek drewna:

UWAGA:
Zgodnie z przepisami zabronione jest rozpalanie ogniska bliżej niż 100 metrów od ściany lasu. Można się zastanawiać nad logicznością takiego przepisu w lesie deszczowym lub pokrytym śniegiem ale przepis jest przepisem, więc każdy leśnik ma prawo wypisać Wam w takiej sytuacji mandat.
Praktyka może (ale tylko może) wyglądać inaczej - leśnicy mogą wziąć pod uwagę realność zagrożenia pożarowego. W zimie mogą się przysiąść do ognia i pogawędzić. Wiosną zwyczajnie mogą kazać zgasić ognisko. A w lecie wezwą policję i sprawę skierują do kolegium.
Jako survivalowcy powinniście zawsze oceniać zagrożenie pożarem i potencjalną szkodę dla lasu. Może lepiej znaleźć sobie dużą polanę?