strona główna survival patenty rośliny jadalne i użytkowe, galeria tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki nowości zrób to sam filmy i programy, aktualnie w TV sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć? jedzenie o autorze umiejętności podstawowe i zaawansow. spis treści, słownik, szukaj

Sławomir Rawicz "Długi marsz"

UNICORN
Londyn-Warszawa 1993.

Brawurowa ucieczka międzynarodowej grupy więźniów (jeńców wojennych) z syberyjskiego łagru i ich piesza wędrówka (ponad 6000 km) do Indii. Fascynująca, autentyczna opowieść o pokonywaniu coraz to nowych granic ludzkiej wytrzymałości i odporności; wiele mrożących krew w żyłach momentów. Książka napisana przez polskiego oficera kawalerii, uczestnika ucieczki...


Przechadzałem się właśnie po celi podtrzymując spodnie, tak charakterystycznym dla wszystkich więźniów gestem lewej ręki. Pomysłowi Rosjanie wydawali je nam bez guzików czy choćby jakiegoś postronka, wychodząc ze słusznego założenia, ze człowiek zajęty trzymaniem swych portek ma niewielkie szanse ucieczki. (str. 11)

Ten to zresztą anonimowy przyjaciel poradził mi bym otworzył paczkę i zjadł przynajmniej część żywności nim mi ją ukradną. Posługując się węchem i dotykiem, zbadałem zawartość mojej paczki. Cóż za radosne odkrycie. W paczce znalazłem sporych rozmiarów owalny bochenek razowca, dwie smakowite suszone ryby, które Rosjanie nazywają taraniami, uncję machorki i kawałek gazety (później stwierdziłem, ze z 1938 roku.) do skręcania papierosów. (str. 36)

Sytuacja nasza poprawiła się nieco, gdy jakiś geniusz nauczył nas, jak ze splecionych latorośli robić paski do podtrzymywania naszych spodni. Mając dzięki temu obie ręce wolne mogliśmy wymachiwać nimi by się ogrzać i pobudzić obieg krwi. (str. 49)

W jednej z grup poczęto zgarniać śnieg i lepić z niego zaporę przeciw wiatrowi. Pomysł ten podchwycili inni. Wkrótce w gorączkowym pośpiechu wszyscy budowali małe zagrody otoczone ścianami ze śniegu. Zdrętwiałymi palcami ludzie zgarniali i zdrapywali śnieg aż do zmarzniętej grudy. Ukończywszy prace kulili się w tych śnieżnych zagrodach.
Za drutami kolczastymi, w odległości pół kilometra od skraju naszego kartofliska ciągnął się las. Gdy nieco później zjawił się wśród nas dowódca transportu - ów apostoł sowieckiej kultury - z niektórych grup poczęto go prosić, by zezwolił na zbieranie gałęzi dla pokrycia zmarzniętego gruntu. Zgodził się. (str. 50)

Podczas trzech dni spędzonych na kartoflisku dołączyły do nas setki nowych więźniów. Było wśród nich wielu Finów. Tych można było zawsze rozpoznać. Trzymali się stale razem, tworząc zwartą grupę narodową. (str. 50)

Tak - była to rzeczywiście nowa odzież. Wydawanie jej trwało wiele godzin, lecz gdy się wreszcie skończyło, każdy z nas miał zamiast rubaszki - zimowy strój Rosjanina: długą, zapiętą pod szyję, wywatowaną fufajkę.

Prócz fufajki każdy otrzymał również wywatowane zimowe spodnie i brezentowe buty, których cholewki, po zasznurowaniu okrywały kostki. Buty zrobione były w trzech rozmiarach: duże, średnie i małe. Nie było mowy o dopasowywaniu. Gdy komuś służyło szczęście otrzymał dobry rozmiar. Ci, którym się nie powiodło wymieniali buty miedzy sobą, szukając odpowiednich dla siebie wielkości. (str. 51)

W normalnych warunkach bylibyśmy wciąż jeszcze nie dość ciepło ubrani jak na syberyjską zimę - a jednak ten nowy przypływ ciepła, który zawdzięczaliśmy fufajkom był czymś nadzwyczajnym.
Czwartego dnia naszego postoju na kartoflisku, zakończono wydawanie odzieży. Otrzymaliśmy też po dwa kawałki płótna na onuce. Ci, którzy umieli się nimi posługiwać uczyli innych jak je należy delikatnie zawijać, by ochronić stopy przed odmrożeniem.(str. 51)

Napęd dla generatorów stanowiły kostki z brzozy lub jesionu - drzew, których nie brak w bogato zalesionej Syberii. Ta dobra i tania namiastka benzyny rozwiązywała przynajmniej jeden z licznych problemów transportu i zaopatrzenia w Rosji.(str. 52)

Okapturzeni żołnierze w rękawicach ze skóry baraniej. Każdy z nich miał charakterystyczny brunatny worek przewieszony na sznurku przez ramie. (str. 53)

Bili go, ale milczał zawzięcie. Doszli wreszcie do wniosku, że mają do czynienia z półgłówkiem i postawili go przed sądem. Udało mu się: dostał zaledwie dziesięć lat ciężkich robót. (str. 58)

Zdołaliśmy jakoś rozpalić ogniska - setki ognisk i podsycaliśmy je przez całą noc, by nie zginąć z zimna. Wydawało się, że zawieja chce na nas dokonać dzieła masowego zniszczenia. Więźniowie gnietli się i starali się przepchać do wewnętrznego pierścienia siedzących wokół płonącego ogniska. Niektórzy głupcy - wbrew ostrzeżeniom - zaczęli grzać nad ogniem skostniałe ręce. Skręcali się później i wyli z bólu, wywołanego nagłym przywróceniem obiegu krwi. Siedząc w zasięgu ognia trzeba się było wciąż obracać, bo choć płomienie grzały nam ręce, twarze i przód ciała - z tyłu zadymka mroziła plecy. Nie wolno było spać. Gdy ktoś z siedzących bliżej ognia poczynał drzemać - koledzy, szarpiąc gwałtownie, budzili go. Zasnąć - najprawdopodobniej znaczyło nie obudzić się już nigdy. (str. 63)

Niewiele czasu zajęło Ostiakom wyprzęganie reniferów. Uprząż polegała na chomącie z niewyprawionej reniferowej skóry, przymocowanym do dwóch długich wygiętych dyszli, które były przedłużeniem płóz prostych drewnianych sanek. Sanki wyściełały futra sobolowe i skóry. Przybysze wzięli swe torby z żywnością i zasiedli z nami wokół ognia, przy którym spożywaliśmy właśnie naszą poranną porcję chleba, popijając go kawą. Byli ubrani w ciepłe skóry. Spoglądali na nas ze współczuciem. (str. 64)

Opowiadał mi również o reniferach. Nie można dosiadać ich grzbietów, bo są zbyt słabe. Maja za to bardzo silne szyje i zady. Ostiak potrafił wskoczyć na renifera i jechać na nim, nie męcząc zwierzęcia. (str. 65)

- Byliśmy zawsze waszymi przyjaciółmi - powiedział mi raz. - Od bardzo dawnych czasów, w których nie żył jeszcze mój ojciec, ani ojciec mego ojca, wystawialiśmy zawsze na noc przed domami jedzenie dla wędrujących nieszczęśników, którzy zbiegli ze swych obozów i nie wiedzieli dokąd się udać. (str. 65)

- Dawniej - powiedział mi - mieliśmy strzelby i mogliśmy polować. Ale bolszewicy zabrali nam strzelby i musimy łapać zwierzynę w sidła. (str. 66)

Jakiekolwiek były warunki terenowe - utrzymywali swą przeciętną szybkość - prawie dwadzieścia pięć kilometrów dziennie. Żołnierzy traktowali z beztroską obojętnością. Zazdrościli im jedynie puszek po konserwach, które wojsko, zgodnie z rozkazem, przechowywało starannie. W tym zamiłowaniu do metalu widać było cały prymitywizm Ostiaków. Metalu im brakowało, za to futer mieli pod dostatkiem. Kucharze wymieniali więc potajemnie z nimi puste puszki na futra. Wymiana puszki po konserwach na sobole była obustronnym interesem, dla nas także lekcją, jak względne są wszystkie wartości.
Puszki te miały służyć jako naczynia kuchenne, cenny podarek dla kobiet po powrocie do domu. (str. 67)

Za przykładem tych, którzy już mieszkali w baraku usłaliśmy twarde deski naszych prycz mchem, naznoszonym w rozpostartych fufajkach. Piece nie miały kominów tylko krótkie rury, z których dym kłębił się w górę i wychodził przez otwory w dachu. (str. 73)

Druga grupa wychodziła co rano do lasu, by ścinać brzozy i piłować odpowiednich rozmiarów deski, tak by warsztat miał zapewnioną stałą dostawę surowca. Dzięki doświadczeniu, jakiego nabyłem, zrobiwszy sobie kiedyś narty, zostałem zatrudniony w warsztacie. Już pierwszego dnia, nim wyprodukowaliśmy jakieś narty, nasz przydział chleba został zwiększony do 500 gramów. (str. 79)

Skuleni z zimna staliśmy wśród zadymki śnieżnej na cotygodniowym przeglądzie.
- Mam na mojej kwaterze aparat radiowy "Telefunken" - powiedział Uszakow. - Czy ktoś się zna na tych aparatach i mógłby mi go mój naprawić?
Znałem "Telefunkeny", niemieckie aparaty, które dla Polski produkowane były bodajże w Wilnie. Miałem nawet taki aparat w domu. Czy jednak potrafiłbym go naprawić? /.../ Nagle opanowało mnie przerażenie, że ktoś inny dorwie się do tego aparatu. Podniosłem rękę do góry. Zbliżył się do mnie podoficer, i zapisał moje nazwisko oraz przydział pracy. (str. 80)

Uszakowa przedstawiła mi swój plan przy dźwiękach jej ulubionej symfonii Czajkowskiego.
- W ucieczce powinna wziąć niewielka grupa najsilniejszych i najbardziej zaradnych ludzi. Z dodatkowej racji chleba może pan zaoszczędzić ćwierć kilograma dziennie. Chleb ten należy suszyć na suchary za piecem w warsztacie, a potem składać w odpowiednim ukryciu. Ja zajmę się uszyciem worków. Będziecie też potrzebowali skóry na odzież i obuwie. Oficerowie polują na sobole, a żołnierze łapią je w sidła. Futra wieszają na drutach od strony lasu. Ci, którzy pracują w lesie, muszą brać jedną skórę dziennie. Nikt nie zauważy jej braku. Niech pan planuje ucieczkę na południe [z Kamczatki - komentarz własny]. Uciekajcie nocą, najlepiej gdy śnieg pada, to zakryje ślady. (str. 89)

Na kamieniu w warsztacie spłaszczyłem i wyostrzyłem piętnastocentymetrowy gwóźdź, w ten sposób przerobiłem go na narzędzie do krajania skór i przekłuwania w nich dziur. Nasza kolekcja futer składała się z soboli, gronostajów, lisów syberyjskich i -rzecz najcenniejsza - ze skóry jelenia, którego w poszukiwaniu mięsa ustrzelił jakiś oficer sowiecki. Skórę pocięliśmy na rzemienie do sznurowania prostych mokasynów zrobionych z odpowiednio przyciętych futer. Ze splecionych rzemieni porobiliśmy sobie paski. Zrobiliśmy też sobie futrzane kamizelki, które, włosiem do wewnątrz, nosiliśmy pod fufajkami. Dla ochrony nóg mieliśmy coś w rodzaju futrzanych sztylp. (str. 97)

Powiedziałem Uszakowej, ze znalazłem sześciu przyjaciół. Nie pytała kim są i mam wrażenie, ze nie chciała wiedzieć. Dała mi podarunek, który stał się dla nas czymś nieocenionym: głowice siekiery.
- Będę to miała zawsze na sumieniu - powiedziała. - Pierwsza kradzież w moim życiu.

Dorobiłem rękojeść i gotowa siekierę dałem Kolemanosowi, który dla bezpieczeństwa nosił ja stale pod ubraniem.
Inne bezcenne narzędzie zrobiłem w warsztacie. Był to solidny, długi nóż o ostrzu szerokości ośmiu centymetrów. Zrobiłem go z kawałka złamanej piły, który rozgrzałem w warsztatowym piecu i wykułem w kształcie noża, a potem wyostrzyłem na kamieniu. Rękojeść stanowiły dwa kawałki drzewa bardzo silnie związane rzemieniem z jeleniej skóry. Tak jak Kolemanos siekierą, ja zaopiekowałem się nożem. Posiadanie w obozie noża, czy siekiery było rzeczą niebezpieczna. Odkrycie któregoś z tych przedmiotów zniszczyłoby cały nasz plan.
Zapalenie ognia nie stanowiło dla nas problemu. Zapałki były oczywiście luksusem, ale w lesie pełno było hubki, którą całymi płatami można było zdzierać z drzew. Świeżą hubkę gotowało się i suszyło. Prócz hubki, którą wypchaliśmy sobie kieszenie, zaopatrzyliśmy się jeszcze w kawałek krzemienia i zgięty gwóźdź. Hubka łatwo chwytała skrzesana iskrę i poczynała się tlić. Wszyscy wyspecjalizowali się w tym sposobie zapalania ognia.
Dowiedzieliśmy się w obozie o zbliżającej się Wielkanocy, która w 1941 roku - co oczywiście sprawdziłem znacznie później - przypadała na 13 kwietnia. W Niedzielę Palmową, czyli 6 kwietnia, ukończyliśmy ostatecznie wszystkie przygotowania. Nasz strój dopełniło siedem futrzanych czap, których długie klapy zakrywające karki można było wcisnąć pod bluzy. Gotowi do drogi, podnieceni, martwiliśmy się tylko, ze ktoś może nam ukraść któryś z naszych cennych nabytków - siekierę, nóż, zapas sucharów, skóry.
Tego dnia wezwała mnie do siebie Uszakowa.
- Mąż nie był dziś rano na przeglądzie - powiedziała - bo wyjechał do Jakucka. Uszyłam siedem worków, które musi pan stad zabrać - po jednym za każdym razem.
Była całkowicie spokojna i opanowana, ale mnie serce biło z niepokoju. Gdy podała mi pierwszy worek zauważyłem, że jest wypełniony i zacząłem się z przerażeniem zastanawiać jak zdołamy go ukryć. Wepchnąłem go pod bluzę, zgniotłem pod pachą, wcisnąłem ręce głęboko w kieszenie i zgarbiwszy się jak człowiek pogrążony w myślach, poszedłem do baraku. Tę niebezpieczna i ryzykowna operację musiałem w ciągu kilku dni powtórzyć sześciokrotnie, wiedząc za każdym razem, że odkrycie mnie przez Rosjan stanie się zupełna katastrofą. Worki ułożyliśmy na pryczach na kształt poduszek, pokrywając je kawałkami skóry i mchem. W ciągu godzin spędzanych za barakiem pociliśmy się ze strachu, że je ktoś odkryje.
W ciągu tych ostatnich dni zdobyliśmy też stara, zniszczona wojskowa baranicę. Opowiedziałem kolegom o znanej sztuczce kłusowników, którzy wloką za sobą skórę baranią, by zmylić psy gajowego. Postanowiliśmy sami spróbować tego zabiegu.
Obserwowaliśmy też bacznie warunki atmosferyczne, które w naszych planach odgrywały tak wielką rolę. Pragnęliśmy oczywiście śniegu, wielkich płatów gęsto padającego śniegu, który ukryłby nasze ruchy. Poniedziałek był zimny i pogodny. We wtorek wiatr dmuchał śniegiem, pomieszanym z lodowatym deszczem. W południe w środę ołowiane chmury zwisające z niskiego pułapu nieba napełniły nasze serca nadzieją. Zaczął padać coraz gęstszy śnieg tworząc zaspy na ziemi niczyjej miedzy dwoma pierścieniami zasieków z drutu kolczastego. Wczesnym popołudniem nasza siódemka odbyła krótka naradę. Padło słowo "dziś". Około czwartej po południu wyszedłem, już po raz ostatni z warsztatu. Moja fufajka pękała od ukrytych pod nią zapasów chleba. Nóż miałem zatknięty za cholewka prawego buta. Wypiliśmy wieczorna kawę, przegryzając chlebem i pojedynczo, lub parami udaliśmy się do baraku. (str. 99)

Pościągaliśmy z prycz nasze worki; dzięki przyszytym do nich rzemieniom mogliśmy używać ich jak plecaków. (str. 101)

Jeden po drugim w odstępach jednej minuty ruszaliśmy w stronę zasieków. Pierwszy pobiegł Zaro i modliłem się tylko, by przy tej pierwszej próbie znalazł właściwe miejsce. Drugi był Litwin. Po nim Mister Smith. Następni - Makowski i Paluchowicz.
- Mam nadzieję, ze wypchali dostatecznie dużą dziurę - szepnął Kolemanos i znikł w ciemnościach, dźwigając worek, który zgodnie z planem miał pchać przed sobą, czołgając się przez wyrwę pod drutem [Z doświadczeń jaskiniowych wynika, ze najlepiej transportować worek w parze, wleczony na lince o długości zbliżonej do długości nóg, przypiętej do pasa pierwszego i popychany przez drugiego partnera - komentarz własny]. Teraz przyszła kolej na mnie. Poczułem, że na dłoniach występują mi krople potu. Rozejrzałem się szybko dokoła. Barak był pogrążony we śnie. Pobiegłem naprzód.
Gdy dopadłem zasieków, dwóch z naszych było już po tamtej stronie, Smith czołgał się właśnie powoli pod drutem. Pozostali skulili się i czekali swojej kolejki.
/.../ Pierwsza przeszkoda była za nami. Zajęła ona pełne dwadzieścia minut.
/.../ Poprzez zewnętrzne zasieki z drutu skakaliśmy z palisady w dół padając w głęboki śnieg na ręce i nogi.
/.../ Powstawaliśmy ze śniegu prawie bez tchu i sprawdziwszy, że wszyscy są po drugiej stronie, poczęliśmy biec. Do pasa miałem przytwierdzona baranicę umocowaną na długim sznurku, którego koniec przywiązany był do przegubu ręki. Rzuciłem ja i posłyszałem jak sunie za mną po śniegu.
/.../ Zatrzymaliśmy się dopiero około jedenastej rano, gdy nikt już nie mógł zrobić następnego kroku. (str. 101)

Zaczęliśmy wiec mozolić się w górę i wkrótce znaleźliśmy schronienie pod potężnym drzewem. Tuz koło pnia drzewa oczyściliśmy ze śniegu małą przestrzeń i otoczyliśmy ją niską solidną ścianą ze śniegu. Kolemanos narąbał siekierą gałęzi , którymi pokryliśmy z wierzchu tę ścianę. Gałęzie przysypaliśmy śniegiem i dach był gotów. W surowych warunkach syberyjskiego życia nauczyliśmy się, że pierwszą zasadą jest chronić się przed morderczym wiatrem. Powiedział mi kiedyś mój stary Ostiak:
- Śnieg? A któżby się martwił śniegiem. Wystarczy się nim tylko dobrze otulić i iść spać. Ciepło jak pod pierzyną.
Podczas tego postoju zajrzeliśmy po raz pierwszy do naszych worków. Każdy z nas znalazł płaski bochenek chleba, trochę mąki, trzy kilo kaszy, .trochę soli, sporą porcję tytoniu i starą gazetę. Prócz tego mieliśmy jeszcze chleb suszony przeze mnie. Do worka każdy miał przypięte zapasowe mokasyny i nie zużyte kawałki skóry. Wczołgaliśmy się do naszego śnieżnego szałasu i zaczęliśmy półgłosem rozmawiać.
/.../ O ognisku nie mogło być mowy, bo byliśmy jeszcze zbyt blisko obozu. Zgłodniali, zabraliśmy się do chleba. Wtedy to właśnie odkryłem, że biedny wachmistrz Paluchowicz nie miał ani jednego zęba. Jedzenie suchego chleba byłoby dla niego zbyt bolesna operacją. Nie mając wody, by w niej chleb namoczyć - długo ugniatał go w śniegu.
/.../ Postanowiliśmy przespać te kilka godzin, które pozostały do zmierzchu, pozostawiając, na zmianę, jednego na straży.
/.../ Każdy z nas rozumiał, ze przede wszystkim musimy się jak najszybciej oddalić od obozu. Przez całą tę drugą noc ucieczki biegliśmy i szliśmy na przemian. Po jakiejś godzinie, przeszło mi zdrętwienie, ale dla odmiany odezwał się nowy ból, wywołany podskakiwaniem worka na plecach. Zacząłem go wiec przerzucać, od czasu do czasu, na piersi. Kolemanos odkrył, że zatknięta za pasem siekiera ściera mu skórę na biodrach, wsadził ją więc sobie pod pachę.
/.../ Przez pierwsze cztery czy pięć dni posuwaliśmy się stale nocą wypoczywając w ciągu dnia. Nie dostrzegliśmy żadnych znaków pościgu. Śnieg pierwszej nocy musiał przykryć zupełnie ślady. Doszliśmy więc do wniosku, ze Rosjanie zorganizowali pościg w kierunku wschodnim, który wydawał się najłatwiejszą i najprawdopodobniejszą drogą ucieczki. Toteż gratulowaliśmy sobie, jeszcze dość ostrożnie, decyzji ucieczki na południe. Odtąd posuwaliśmy się za dnia, idąc rozwiniętą tyralierą i robiąc jakieś pięćdziesiąt kilometrów dziennie. Kierunku południowego trzymaliśmy się obserwując wyblakłe słońce, które ukazywało się od czasu do czasu i mech rosnący po osłoniętej stronie drzew.
/.../ Poza tym wszyscy tęskniliśmy do ognia i by dodać sobie bodźca do szybszego marszu umówiliśmy się, że zapalimy ognisko, jak tylko ujrzymy Lenę. (str. 104)

- Sądzę, że powinniśmy zostać na noc po tej stronie rzeki - odezwał się spokojnie Amerykanin - i przeprawić się o świcie. - Zgodziłem się z nim i dałem znak pozostałym, by zawrócili. Po jakichś dwudziestu minutach odwrotu własnymi śladami zatrzymaliśmy się, by zbudować szałas. Już się ściemniało, gdy przystąpiliśmy do zapalenia ogniska przy pomocy hubki i nazbieranych w drodze gałązek, które od kilku dni suszyliśmy pod kamizelkami.
/.../ Jedynym naszym naczyniem był garnek aluminiowy pojemności litra. Prócz garnka mieliśmy jeszcze dwie drewniane łyżki, którymi każdy po kolei jadł z garnka krążącego wokół ogniska. Gdy pierwsza porcja kaszy znikła, co nastąpiło bardzo szybko - ugotowaliśmy drugą. Wachmistrzowi wolno było moczyć chleb w kaszy, w ciągu nocy czuwaliśmy na przemian; ten kto był na straży dorzucał drewna do ognia. (str. 106)

Zacząłem im tłumaczyć, że dzięki zmianie ciśnienia powietrza w momencie wybicia dziury w lodzie woda sama wyrzuca ogłuszone ryby [ściślej różnicy ciśnienia wody uwięzionej pod lodem i ciśnienia powietrza panującego nad lodem - komentarz własny] (str. 107)

Obuwie, które dostaliśmy w Irkucku zużyło się już kompletnie. Z rosyjskiego fasunku zostały nam tylko onuce. Nosiliśmy już wszyscy nasze mokasyny i spięte rzemieniami futrzane sztylpy. Maszerowaliśmy wciąż na południe regularnie dziesięć godzin dziennie, robiąc, co dzień około pięćdziesięciu kilometrów [mało prawdopodobne, aby dało się przez dłuższy czas utrzymać tak wysokie tempo, zwłaszcza bez nart, ale może...? - komentarz własny]. Choć nigdzie nie napotkaliśmy żadnych śladów ludzi, szliśmy wciąż szeroko rozciągniętą tyralierą, uważając, że idąc w tym szyku, nawet jeśli jeden czy dwóch wpadnie, reszta może się jeszcze ratować ucieczką. (str. 108)

Jeden szczęśliwy rzut kijem, trochę szamotania, pył wzbitego w górę śniegu i - smakowita kolacja z syberyjskiego zająca dla wszystkich i białe futro do wspólnego zapasu skór. Ale nasze myśliwskie zdobycze były zupełnie przypadkowe. Przy pomocy noża, siekiery i kijów nie łatwo było zdobywać mięso. Ze znacznie lepszym skutkiem można się oczywiście posługiwać sidłami, tak jak żołnierze w obozie, ale posuwając się ciągle na przód nie mieliśmy czasu na zastawianie i oglądanie pułapek. Pocieszaliśmy się tylko tym, ze póki starczało kaszy i chleba - dzięki dodatkowej rybie, czy zającowi, odżywialiśmy się nieporównanie lepiej niż w obozie. (str. 109)

Związawszy razem rzemienie, którymi każdy z nas był wielokrotnie opasany, zrobiliśmy długą linę do zabezpieczenia przeprawy. Wszyscy przyglądali mi się, jak stanąwszy na zamarzniętym brzegu rzeki zacząłem stąpać ostrożnie naprzód. Nagle lód pękł z trzaskiem i wpadłem do wody. Z trudem starając się odzyskać oddech przebrnąłem przez wąski strumień płynący środkiem zamarzniętej po obu stronach rzeki, i zacząłem wspinać się na lód.
/.../ Przy następnych przeprawach przez półzamarznięte rzeki posługiwałem się zawsze siekierą. Dobrze wbita w lód, ułatwiała mi wydostanie się z wody.
Ukryci w zaroślach, staraliśmy się biec jak najszybciej. Potem pozdejmowaliśmy nasze wywatowane spodnie, bluzy i futrzane kamizelki, by je wyżąć z wody. Włożywszy je z powrotem na siebie, by wyschły na naszych ciałach, szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę jeziora [w mokrym ubraniu traci się ciepło 25 razy szybciej niż w suchym - komentarz własny].
Wzięliśmy się wszyscy do pracy. Paluchowicz zajął się zbieraniem drzewa i rozpalaniem ogniska, reszta krajaniem mięsa i budową szałasu. (str. 113)
Uzbrojeni w kawałki drewna mozolnie zeskrobywaliśmy ze skóry płaty tłuszczu, trąc ją potem piaszczystą ziemią. Noszenie wielkiej i ciężkiej skóry utrudniłoby nasz marsz [skóra upolowanego jelenia - komentarz własny]. Pocięliśmy ją więc na kawałki, z których zrobiliśmy sobie dodatkowych czternaście par mokasynów. Rozdzieliliśmy je miedzy sobą i dla każdego zostało jeszcze po kawałku nie zużytej skóry. Robienie butów przerwaliśmy, by ugotować sobie i zjeść jeszcze jeden olbrzymi posiłek. W nocy znów najedliśmy się sarniny aż nam omal nie popękały brzuchy. Już z mniejszym zapałem, ale wciąż jeszcze chętnie, jedliśmy mięso o świcie. Co zostało, rozdzieliliśmy miedzy siebie i każdy schował w swym worku sporą porcję mięsa. (str. 113)

Gdy zdarzało się nam, że trzeba było przekroczyć uczęszczaną przez ludzi drogę - zawsze ktoś najpierw wyruszał na zwiady. (str. 115)

Późnym popołudniem skupiliśmy się na naradę. Zdrowy rozsądek mówił nam, że jeśli będziemy trzymać się zbyt blisko brzegów jeziora zostaniemy odkryci przez ludność osad rybackich lub uprzemysłowionych miasteczek - tu jeszcze rozsianych z rzadka, ale zgęszczających się w pobliżu kolei transsyberyjskiej. Stąd wszyscy zgodzili się z wnioskiem, by iść równolegle do brzegów jeziora, ale w dostatecznej od nich odległości, trzymając się jak najdalej od wszelkich osiedli. (str. 117)

Zaczynało się ściemniać, sądził więc, że powinniśmy jak najszybciej ruszyć na północ brzegiem rzeki, w poszukiwaniu dogodnego miejsca dla jutrzejszej przeprawy. Nie warto się przeprawiać dzisiaj, by nie spać w mokrym ubraniu [z dala od ludzi można by rozpalić ognisko i wtedy warto byłoby zakończyć dzień przeprawą - komentarz własny]. (str. 120)

Sforsowawszy tę trzecią rzekę wdrapaliśmy się na jej wysoki brzeg i, by się wysuszyć, zapaliliśmy ognisko. [ j. w. - kom. wł.] (str. 128)

W ciągu sześciu tygodni przeszliśmy z mroźnych okowów środkowosyberyjskiej zimy w ciepłe objęcia południowego słońca, w krainę sadów, kwitnących wiśni i moreli. Spanie na powietrzu przestało być męką, nawet wówczas, gdy dla ostrożności nie zapalaliśmy na noc ogniska. W ciągu dnia musieliśmy zdejmować kamizelki, wkładając je jednak po zachodzie słońca, by się chronić przed wieczornym chłodem. (str. 129)

Obliczyłem, że w ciągu sześćdziesięciu dni przebyliśmy dwa tysiące kilometrów, to stanowiło nie lada wyczyn. (str. 140)

Było tak mokro, że nie mogliśmy zapalić ognia. Zjedliśmy więc trochę orzeszków i surowych grzybów. Bedłki rosły w tej okolicy obficie. (str. 142)

Trzydzieści do czterdziestu pięciu kilometrów marszu, do których zmuszaliśmy się co dzień, stanowiło bardzo wyczerpujący wysiłek. Nocami odczuwaliśmy przenikliwe zimno. [lepiej byłoby iść nocą, gdy jest zimno i odpoczywać w dzień, gdy trzeba chronić się przed słońcem - kom. wł.] Opatrywanie naszych poranionych stóp było też jednym z ważnych zajęć. Miedzy palcami u nóg i na stopach porobiły się nam rany od pyłu, który dostawał się do mokasynów i ścierał skórę. Uratował nas swym darem przewidywania Paluchowicz, który we własnej roboty miskę wydrążoną w drzewie nazbierał stopionego tłuszczu z wieprza, upieczonego jeszcze w syberyjskiej jaskini. Tym tłuszczem smarowaliśmy oszczędnie nasze starte i poranione stopy. (str. 143)

Zauważywszy w pewnym momencie, ze potężnemu Kolemanosowi dał jedną figę więcej, niż pozostałym, odebrał mu ją grzecznie, ale zdecydowanie.[ Przy racjonowaniu żywności nikt nie bawi się w uwzględnianie masy ciała, więksi są więc poszkodowani, tym bardziej, że zazwyczaj oczekuje się od nich większego wysiłku na rzecz grupy - kom. wł.] Rozdał nam orzechy, suszoną rybę, na wpół ugotowaną, napęczniałą kaszę, suchary i niewielki placki owsiane. (str. 146)

Pod koniec drugiego tygodnia w Mongolii zaczęliśmy stosować inne metody marszu, niż na Syberii. Wystawianie straży na noc stało się zbędne. Ulegaliśmy wciąż temu pędowi ciągłego posuwania się naprzód - stało się to naszą drugą naturą. Ale pozbyliśmy się lęku przed nieuniknionym schwytaniem.
Nie musieliśmy unikać miejscowej ludności. Mogliśmy prosić o żywność i zarabiać na żywność pracą. Odbywaliśmy wciąż długie marsze zaczynając o chłodzie przed świtem i kończąc dobrze po zachodzie słońca. Ale nauczyliśmy się przyjętego gorących krajach zwyczaju chronienia się w południe przed najgorszym upałem i odpoczywania. (str. 148)

Pochyliwszy się zacząłem szukać rękami w błocie. Dwa razy coś oślizłego wysunęło mi się z ręki. Dopiero za trzecim razem wyciągnąłem wijącego się gwałtownie śliza, rybę przypominającą węgorza. (str. 149)

Obaj ciągnęli niewód zarzucony przez całą szerokość rzeki. Niewód składał się z dwóch skrzydeł, każde szerokości około dwudziestu metrów. W środku do obu skrzydeł przytwierdzona była sieć w kształcie olbrzymiego lejka. Zarówno skrzydła jak i środkowa część sieci utrzymywały się na powierzchni przy pomocy owalnych drewnianych pływaków. Całe to urządzenie nie dawało rybom wielkiej szansy ucieczki. Obaj Chińczycy posuwając się tłukli bambusami po powierzchni wody, by wypłoszyć ryby z nadbrzeżnych wodorostów. Ratowały się tylko te, które przeskakiwały przez niewód. Chińczycy zatrzymali się szczęśliwie w miejscu, z którego ich obserwowaliśmy. Rybak z drugiego brzegu przeszedł na stronę swego towarzysza, zamykając szeroki otwór leja. Gdy obaj stanęli na płytkiej wodzie zauważyłem, że niewód jest obciążony kamieniami. Dołem i górą sieci przeciągnięte były liny. Jeden z rybaków uchwycił cztery końce liny, podczas gdy drugi począł brodzić w kierunku czegoś, co wyglądało jak olbrzymich rozmiarów cygaro zrobione z bambusa, które obracając się i podskakując z prądem, spływało za siecią w dół rzeki. Jak przekonaliśmy się później, był to pływający skład ryb. Wydrążony w środku bambus miał otwór zamykający się klapą. Przez ten otwór rybacy wrzucali do środka złowione ryby. (str. 155)

Zdobyliśmy zapas jedzenia, wystarczający na wiele dni. Postanowiliśmy więc zjeść ile zdołamy, a resztę wysuszyć w słońcu na płaskich kamieniach i zabrać w dalszą drogę. Krystyna i Zaro zajęli się rozpalaniem ogniska, ja patroszyłem ryby, którym Kolemanos odcinał głowy siekierą, trzymając ją za ostrze. Pozostali myli oczyszczone ryby w rzece. Wkrótce rozszedł się smakowity zapach pieczonej ryby. Złowione przez Chińczyków ryby należały do co najmniej pięciu gatunków. Wśród nich rozpoznałem tylko okonie.
Choć nieraz jedliśmy suszone ryby, sam proces suszenia ich był dla nas czymś zupełnie nowym. Oczyszczoną rybę, po usunięciu ości, na przemian suszyliśmy nad ogniem i wędziliśmy w dymie. Po kilku godzinach doszliśmy do wniosku, ze musimy zostać nad rzeką na noc, by dokończyć pracy. Tak spreparowane ryby ułożyliśmy następnego dnia w słońcu, fufajkami odpędzając muchy. Gdy wydało nam się, że proces suszenia jest już skończony podzieliliśmy ryby miedzy sobą, przy czym każdy schował swą porcję do worka. Wiele zawdzięczaliśmy później tej udanej operacji. Resztki ryb jedliśmy jeszcze na pustyni Gobi. (str. 156)

Amerykanin pierwszy wpadł na właściwy pomysł. Zerwał z pleców swój worek i wgniótł go w błoto. Odczekawszy kilka minut począł ssać przepojony wilgocią rożek worka. Poszliśmy wszyscy za jego przykładem. Ilość zdobytej w ten sposób wody była śmiesznie mała w porównaniu z palącym nas od trzynastu dni pragnieniem - była jednak zawsze czymś i ożywiła nasze nadzieje. Po raz pierwszy od bardzo wielu dni zaczęliśmy znów rozmawiać, wymieniając poglądy na naszą sytuację. Postanowiliśmy iść wzdłuż koryta kanału zakładając, że jeżeli w miejscu, na które trafiliśmy jest wilgoć to gdzieś dalej musi być prawdziwa woda. (str. 175)

- No cóż. Wydaje mi się, że węże stanowią naszą jedyną szansę. Człowiek umierający z głodu gotów jest zjeść prawie wszystko.
/.../ Postanowiliśmy użyć kijów Zary i Paluchowicza. Kolemanos rozszczepił końce siekierą, obwiązał rzemieniem drzewo tuż nad pęknięciem i wetknął kamyki miedzy rozszczepione końce.
/.../ Trucizna mieści się w pęcherzyku w tyle głowy węża. Odcinając głowę usuwa się truciznę.
Nie wystarczyło jednak schwytać węża na nasz posiłek. Trzeba go było jeszcze upiec. Z dna swego worka Zaro wyciągnął porcję zeschłego zwierzęcego łajna i z całą powagą dołączył ją do naszego zapasu opału. W innej sytuacji na pewno byśmy się roześmiali. Ale uśmiech przez spieczone wargi był zbyt bolesny. (str. 178)

Poprawiwszy druciane pętle na szyjach pozbieraliśmy z piasku nasze worki. Do mego worka włożyłem zdobyty z trudem płaski kamień. Amerykanin ostrożnie pozbierał resztki naszego opału. (str. 181)

Przejrzysty tłuszcz, który ściekał podczas pieczenia używaliśmy jako balsam na spieczone wargi, obolałe powieki i odparzone stopy. Przynosił nam ulgę, która trwała nieraz wiele godzin. (str. 182)

- Przecież ty też minąłeś to miejsce - co się stało, żeś zawrócił? - spytałem Zary.
- Musiałem poczuć zapach wody. Wiedziony instynktem odwróciłem głowę - odpowiedział z całą powagą. (str. 185)

Dostaliśmy na pożegnanie jeszcze jeden podarek - piękne futro baranie od gospodarza. Dając je nam powiedział, że przyda się do naprawy naszych mokasynów. Nie użyliśmy go jednak w tym celu. Przydało się natomiast później do zrobienia sześciu doskonałych mufek, które chroniły nasze ręce przed zimnem w górach.
Gospodarz wyprowadził nas z wioski i wskazał dalszą drogę. Po raz pierwszy w naszej wędrówce otrzymaliśmy ścisłe i szczegółowe instrukcje.
- Niektóre ze szlaków nie będą łatwe do odnalezienia - ostrzegł. - Nie szukajcie ich pod stopami, tylko patrząc przed siebie. Widać je lepiej z daleka. (str. 199)

Mniej więcej wtedy przydały nam się po raz pierwszy zwoje drutu wyniesione z pustyni. Szlak nasz urwał się, zablokowany skałą, oderwaną od najbliższego szczytu.
Spletliśmy więc nasze druty w długą linę zakończoną pętlą. Sięgający najwyżej Kolemanos miał ją jak lasso zarzucić na wierzchołek skały, co mu się udało po kilkunastu próbach. Napiął później linę całą siłą i najlżejszy z nas - Zaro, na ochotnika ruszył pierwszy w górę. Nie bardzo ufając linie starał się wykorzystać ręką i stopami wszystkie, nieliczne zresztą uchwyty w skale. Wspiął się na jej szczyt i zabezpieczył pętlę na drugim końcu liny, co ułatwiło nam wszystkim przeprawę. Kolemanos wspinał się ostatni. [Tybet - kom. wł.] (str. 204)

Dzięki przypadkowi czy Opatrzności znaleźliśmy osłonę w szczelinie między dwiema olbrzymimi skałami. Mieliśmy ze sobą zawsze noszony na zmianę worek, pełen suchych drewien, wzięliśmy się wiec do rozpalania ognia. Męczyliśmy się chyba dłużej niż godzinę nim w tym niosącym śnieg wietrze, zdołaliśmy wreszcie rozpalić ognisko. Wąski otwór w górze szczeliny zasłoniliśmy workami, na których poukładaliśmy co cięższe kamienie. Przykryła je wkrótce gruba warstwa śniegu. Ten dach podparliśmy naszymi kijami. (str. 121)

Przeprawa na druga stronę zamarzniętej rzeki nie była łatwa.
/.../ Prawdziwą przeszkodę stanowił jednak dopiero przeciwległy, południowy brzeg rzeki - wysoki, urwisty i oblodzony. Musieliśmy wspinać się po stopniach wyrąbanych siekierą przez Kolemanosa. (str. 214)

Poszliśmy razem oglądać chaty. Były one zbudowane z kamieni i tak niskie, że Kolemanos musiał wewnątrz schylać głowę. Dach stanowiła spoczywająca na ułożonych w poprzek bambusach plecionka, uszczelniona pasmami włosia jakiegoś zwierzęcia - prawdopodobnie jaka. (str. 214)

Przez ten czas gospodarz badał nasze stopy.
Przyniósł z góry zwój surowej wełny i wziąwszy w rękę jeden z mokasynów Paluchowicza pokazał, jak powinniśmy wyłożyć wełną od wewnątrz nasze obuwie, by zabezpieczyć stopy przed mrozem. Rozdał nam później wełnę, odrywając od zwoju całe garście. Pomysł był doskonały i mam wrażenie, ze zdołaliśmy mu dać do zrozumienia, jak bardzo byliśmy wdzięczni.
Tę maleńką, górską osadę opuściliśmy obładowani zapasami żywności. Dotychczas wszelką żywność, jaką nam dawano, nosiliśmy w jednym worku, który każdy dźwigał kolejno. Tym razem postanowiliśmy podzielić miedzy siebie całą baraninę i placki owsiane. Teren stawał się trudniejszy i niebezpieczniejszy.
Gromadzenie żywności w worku niesionym przez jednego z nas stawało się wielkim ryzykiem. A nuż z tym cennym workiem spadnie w przepaść i pozbawi żywności pozostałych. (str. 217)

Nasz jedyny ekwipunek stanowiły - mocna ale zbyt krótka rzemienna lina, siekierka, na pewno najpożyteczniejsze narzędzie, nóż o szerokim ostrzu oraz druciane pętle i haki zrobione jeszcze na pustyni Gobi.
/.../ Mieliśmy wciąż nasze kije. Schodząc z łagodniejszych pochyłości szukaliśmy nimi ukrytych pod śniegiem szczelin i wgłębień. Przy wspinaczce zatykaliśmy je za paskami z tyłu.
/.../ Do płaskiego, ciężkiego kamienia w kształcie ósemki, przywiązywało się po środku linę. Kamień trzeba było później przerzucić na drugą stronę skały. [no cóż, jeśli nie mieli wyboru... - kom. wł.]
/.../ Nowym cierpieniem był wywołany mrozem ból czoła - jak gdyby ucisk żelaznej obręczy. Poradziliśmy sobie z tym zrobiwszy maski ze skóry baraniej. Maska miała wycięcia na oczy. Zatknięta pod czapkę zwisała luźno wzdłuż twarzy. Maski te przydały nam się bardzo, zabezpieczając nas również przed blaskiem słońca. Miały jednak pewien minus. Oddech wywoływał wilgoć pod maską. Wokół ust i nosa tworzyły się pod wpływem mrozu sopelki lodu. (str. 218)

Gdy pieczeń zaczęła skwierczeć, wsadził pod nią na chwilę buty, tak by gorący tłuszcz spłynął na nie. Wtarł go później w skórę pewnie po to, by je zmiękczyć i wzmocnić.
/.../ Pomogliśmy mu wynieść kocioł i napełnić śniegiem. Gdy już wydawało nam się, ze jest pełny chcieliśmy go ponieść z powrotem, ale pasterz zatrzymał nas skinieniem, skoczył na wierzch i zaczął tupiąc ugniatać śnieg. (str. 221)

Brak papierosów odczuwałem chyba jeszcze dotkliwiej, niż brak jedzenia. (str. 235)

Niebawem zasnąłem; zapadłem w bezdenną otchłań, w której na miesiąc rozpłynęła się moja świadomość. O tym, co się w tym czasie działo, dowiedziałem się później od Smitha.
Kolejno Zaro i Kolemanos wpadli w ten sam stan. Krzyczałem po nocach, dostając ataków szału. Powtórnie uciekałem od Rosjan, powtórnie wędrowałem przez pustynię i przekraczałem góry. Co dzień zjadałem połowę mojej racji chleba a resztę kryłem potajemnie pod materac lub w podszewkę poduszki. Codziennie łagodnie odbierali mi te moje skarby. Ktoś mi coś perswadował, przynosił z kuchni wielkie białe bochenki chleba, tłumaczyli, że nie mam się czego obawiać, że zawsze będę miał chleb. Te zapewnienia trafiały w próżnię. Nadal zbierałem chleb na następny etap wędrówki. Potem byłem już spokojniejszy, bardzo osłabiony, wyczerpany i - znajdowałem się o krok od śmierci. Stan Kolemanosa i Zary był również niebezpieczny. (str. 239)



Na skróty po stronie:

survival_zielona_kuchnia