strona główna
survival
patenty
rośliny jadalne i użytkowe, galeria
tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki
nowości
zrób to sam
filmy i programy, aktualnie w TV
sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć?
jedzenie
o autorze
umiejętności podstawowe i zaawansow.
spis treści, słownik, szukaj

Wędkarstwo a survival według Łukasza Zdyba

Moim ulubionym rodzajem wędkarstwa jest spinning czyli łowienie na przynęty sztuczne. W zasadzie to łowi się tą metodą drapieżniki ale od czasu pojawienia się na rynku mikroprzynęt, moim łupem padają coraz częściej także takie ryby jak jaź, wzdręga czy leszcz. Raz na boczny troczek złowiłem nawet około półkilową płoć. Wyprawy wędkarskie z elementami survivalu, urządzam sobie nad rzekami krainy pstrąga i lipienia. Są jeszcze na Pomorzu Zachodnim rzeczki, które płyną w otoczeniu starych, omszałych lasów lub rozległych bagien i mokradeł. Takie tereny, przejawiają dla mnie, namiastkę dzikości dawnych lasów i działają jak magnes. Zawsze chcę tam wracać.

Najlepszą porą na tego typu wypady jest wiosna (marzec-czerwiec). Przede wszystkim dlatego, iż ryby są w tym okresie najbardziej pobudzone do żerowania i mam wtedy najlepsze efekty. Po zimowym poście, uwielbiam zniknąć z wędka nad rzeką. Wiosna to czas kiedy przyroda budzi się do życia, ale brzegi rzek (i same rzeki też) nie są jeszcze zbyt mocno zarośnięte roślinnością. Później, brzegi stają się bardzo niedostępne ale nie znaczy to, że rezygnuję z połowów latem. Są wędkarze, którym wystarcza gdy przejdą w niedziele ze spinningiem jakiś odcinek rzeki i połowią kilka godzin. Mnie jednak kilka godzin nie satysfakcjonuje. Dlaczego mam wracać, jeśli nie muszę, zbliża się piękny zachód słońca a drozd śpiewak dopiero co zaczął swą serenadę z najwyższego świerka? Jeśli już szykuję się na pstrągi to co najmniej na weekend.

Spinning z nurtem pstrągowej rzeki, wiąże się z ciągłym marszem od miejscówki do miejscówki. Możemy łowić z prądem rzeki lub pod prąd (rewelacyjna metoda na ciepłe miesiące, choć nie tylko-są odstępstwa i nie ma reguł) Ja najbardziej lubię łowić niewielkimi woblerami z nurtem. Czuję wtedy wyraźnie jak przynęta pracuje a branie samego pstrąga, odczuwalne jest niczym rażenie prądem 220V:) Silne targnięcie i wir w wodzie. To trzeba przeżyć aby zrozumieć.

Jeżeli chodzi o elementy survivalu, to są one nierozerwalną częścią moich wypraw. Narzucają się same z powodu-ciężaru plecaka. O ile w wędkarstwie spławikowym lub gruntowym, możemy zataszczyć na łowisko nawet całą kuchnie polową, o tyle w spinningu rzecznym nie damy rady dźwigać wszystkich "niezbędnych" nam rzeczy. Musimy ograniczyć się do minimum i zacząć improwizować. Na tym polega także niebywały urok takich wypraw. A jeśli komuś wydaje się, że da radę dźwigać choćby i 60-kilowy plecak nad pstrągową rzeczką, pozostając skutecznym w łowieniu to jest w błędzie. Pstrąg czy jaź to ryby bardzo ostrożne. Jeśli stan wody jest niewielki, trzeba po prostu zakradać się do upatrzonego miejsca aby one nas nie dostrzegły. Gdy będziemy przeciążeni to na pewno się nie uda. A zachowywanie się jak słoń w składzie porcelany nad niewielkim strumieniem, spłoszy każdą rybę. Poza tym ciężki bagaż szybko nas zmęczy i odechce się łowienia. Ciężko jest się skoncentrować nad np. celnym rzutem "w punkt" między gałęziami. Musimy mieć swobodę ruchów.

Sprzęt, który ze sobą zabieram nie jest wygórowany. Podstawa to oczywiście plecak i śpiwór. Zwykle używam cieplejszego śpiwora, ale dzięki temu rezygnuję z namiotu. Ten zastępuję płachtą foliową. Jest lekka i da się zwinąć z karimatą. Gdy wybiorę miejsce na nocleg, z kilku kijaszków, buduję szkielet szałasu z jednospadowym dachem. Daszek okrywam folią. Boki ocieplam dostępną w danym miejscu roślinnością. Nawet niewielkie ognisko doskonale ogrzewa wnętrze takiego szałasu. Do zestawu dochodzi jeszcze menażka WP, w którą wkładam: ryż (jedna paczka na jeden dzień), przyprawy do ryb (są leciusieńki a prawie nie zastąpione). Gdybym nie złapał żadnej ryby to mam ze sobą, na czarną godzinę 2 pęta kiełbasy myśliwskiej, suchej jak wiór. Dobrze jest mieć ze sobą tabliczkę czekolady na pierwszy głód.

Generalnie jadam dwa posiłki dziennie (na wyprawach) Przed południem (poranka mi szkoda, jak wstanę to ciach za wędkę i do boju). Do tego najcięższy element zestawu, czyli woda. Zwykle noszę ze sobą dwa litry pitnej wody. Tej z rzeki używam tylko do mycia naczyń i do kąpieli gdy jest gorąco:) Łowiąc, zwracam uwagę, by nazbierać sobie kłączy pałki wodnej. Zbieram tam gdzie ją znajdę, bo nie wiem czy w miejscu, gdzie zaparkuję na nocleg, będzie występowała. Na łowieniu, dzień leci jak z bicza strzelił a jeśli ryby biorą to nawet i szybciej:) Gdy uda mi się złowić pstrąga, to wiem, że przyrządzę sobie pyszną obiadokolację. Jeśli zaś jazia, to też będzie pyszna, tyle, że z "przeszkodami" bo jazie są strasznie ościste. Ryby patroszę zaraz po złowieniu. To ważne, szczególnie gdy dzień jest ciepły i zamierzamy rybkę nosić w plecaku dłuższą chwilę. Skrobię ją także z łusek. Nie trzeba tego robić ale ja lubię wierzchnią skórkę, pod którą znajduje się cenny tłuszcz (pstrąg). Łuski są mocno wyczuwalne podczas jedzenia.

Są różne sposoby przyrządzania ryb. Najprościej i najszybciej jest upiec mięso na kiju lub jakimś prowizorycznym ruszcie. Jeśli jednak chcemy poeksperymentować, to możemy pokusić się o np. upieczenie ryby w liściach. Nadają się do tego celu liście łopianu, szczawiu tępolistnego, chrzanu... Najczęściej używam tego drugiego bo masowo rośnie nad rzekami. Sposób jest prosty ale ciekawy:

Rybę kroimy w dzwonka i posypujemy przyprawami. Trzeba poczekać aby przyprawy lepiej się "przyjęły". W tym czasie strugamy nożem zaostrzone, nie grube patyczki (surowe drewno). Ostrzymy je z jednej tylko strony a z drugiej zostawiamy szerszą "piętkę" aby liść się nie zsuwał. Następnie kładziemy kawałek ryby na jeden koniec liścia i rolujemy. Przytrzymujemy całość razem i kładziemy na drugi liść ale odwrotnie (na krzyż), tak aby po zwinięciu nie było widać mięsa. W miejscu gdzie liść się kończy, przebijamy pakunek ostrym patyczkiem na wylot. Takie "zawijasy" wkładamy w niewielki żar i nagarniamy na wierzch gorący popiół. Trzeba obserwować i sprawdzać czy aby się nie spaliło.

Jeśli chcemy, możemy przygotować sobie prosty "parnik" z mchu i wiklinowych witek. Z kilku świeżych wiklinowych kijków, przygotowujemy coś w rodzaju niewielkiego, otwartego koszyka. Na spód układamy namoczony w wodzie mech. Następnie kładziemy na wierzch to chcemy ugotować, uparować... Może to być ryba, ślimaki... Przykrywamy całość drugą warstwą mokrego mchu. Wieszamy taki parniczek nad mocnym żarem (nie nad ogniem) i sprawdzamy stale jak po czasie zachowuje się nasza potrawa. Gdy spód się przypala, moczymy delikatnie (sam spód) w wodzie jeszcze raz i znowu nad żar. Do skutku. Do przyrządzonej ryby, dodaję kilka kłączy pałki, którą układam w żar niedługo przed wyjęciem ryb. Zwykle robię sobie do tego sałatkę z gwiazdnicy, młodych listków mniszka i szczawiku zajęczego, jeśli akurat jest w pobliżu. Smacznego

Łukasz Zdyb

autor