strona główna survival patenty rośliny jadalne i użytkowe, galeria tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki nowości zrób to sam filmy i programy, aktualnie w TV sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć? jedzenie o autorze umiejętności podstawowe i zaawansow. spis treści, słownik, szukaj
Autorem relacji jest Marcel "Rzez" Bąk. Relacja zajęła pierwsze miejsce w konkursie na forum www.reconnet.pl. Tam też można zobaczyć więcej zdjęć)

Wyprawa norweska [wrzesień 2008]

Wstęp

Pomysł wyjazdu na Północ zrodził się w mojej głowie jakiś czas temu. Wiązał się nierozłącznie z zainteresowaniem kulturą nordycką oraz historią Skandynawii, które to żywiłem od kilku już lat. Początkowo celem miała być daleka Północ - rejon Tromso, Alpy Lyngeńskie oraz Lofoty. Miałem już nawet ułożone trasy oraz zdobyte co ważniejsze informacje nt. tych terenów. Niestety koszty oraz trudności logistyczne, które niewątpliwie spotkałbym podczas samotnego podróżowania spowodowały, że pomysł ten musiał zostać odsunięty w przyszłość. Dlatego też zdecydowałem się wybrać w góry Jotunheimen (norw. Dom Olbrzymów) oraz na płaskowyż Hardangervidda (norw. vidda - płaskowyż). Setki zdjęć krążących w internecie, ukazujących piękno obu parków narodowych tylko potwierdzały ten wybór.

Do załatwienia pozostało kilka rzeczy: Transport. Jedzenie. Ubiór i sprzęt.

Transport

Najpierw samolotem do Oslo, później zaś autobusem ekspresowym do miejscowości Lom. Lecąc liniami Norwegian można załapać się na okazję rzędu 40 EUR w jedną stronę (ze wszystkimi opłatami). Oprócz tego samoloty lądują na lotnisku w Gardemoen (Oslo Lufthavn), przez które kursują ekspresowe autobusy do Bergen.

Późniejszy transport odbywał się na stopa (dosyć ciężko czasami bywa, również ze względu na częstotliwość spotykanych samochodów), autobusami i pociągiem.

Powrót pociągiem ze stacji Finse (1222 m npm.) najwyżej położonej stacji kolejowej w Europie, nie dochodzi tam droga asfaltowa. Pociąg relacji Bergen-Oslo.

Jedzenie

Zdecydowałem się na 2 posiłki dziennie - śniadanie i obiad, ponieważ z praktyki wiedziałem, że zazwyczaj szans na robienie obiadu nie ma, poza tym po jego zjedzeniu o godzinie 14 zmniejsza się ochota dalszej eksploracji

Na śniadanie składały różne płatki zbożowe, 2 typy musli (firmy Sante), rodzynki, suszone morele, ziarna słonecznika, ziarna sezamu, wiórki kokosowe, olej sezamowy, pełnotłuszczowe mleko w proszku. Wszystko to w różnej ilości, aby śniadania w chociaż minimalny sposób różniły się między sobą. Jedna porcja śniadaniowa ważyła ok. 300 gram.
.........

Obiady były dużo prostsze. Miałem 3 przepisy.
1) Zupka chińska, kuskus, kostka rosołowa, suszone mięso.
2) Granulat sojowy, przyprawy, suszone mięso.
3) Purée ziemniaczane, przyprawy, mleko w proszku pełnotłuszczowe, suszone mięso.
Każda porcja ważyła ok. 270 gram.
.........

Mięso zostało wysuszone korzystając z przepisu Bogdana, tyle że wykorzystałem polędwicę staropolską oraz szynkę staropolską (pomysł podsunięty przez rodziców). Oba kawałki mięsa były bardzo suche na początku, wystarczyło pokroić to na frytki, wrzucić to do piekarnika i potem podsuszyć w domu. Trzeba przy tym pamiętać, że takie mięso zawiera minimalne ilości tłuszczu i najlepiej suszyć jest je na grillu, a nie na tacy (tłuszcz później śmierdzi). Jak pokazała przyszłość suszone mięso było strzałem w dziesiątkę.
.........

Oprócz tego zabrałem ze sobą batony zbożowe (takie dla dzieci; zawierają mnóstwo węglowodanów), gorzkie czekolady, cukierki o smaku mięty, gumy do żucia, multiwitaminy, tabletki MgB6, herbaty różnych smaków i gatunków, kawę, cukier oraz mleko w proszku pełnotłuszczowe.

Przy okazji chciałbym podziękować Sławkowi "Slaqowi" za załatwienie odpowiedniej ilości białego proszku (mleka) oraz Piotrkowi "PA" za konsultacje w kwestii jedzenia.

Ubiór i sprzęt

Wyszukując informacji, czytając kilka relacji oraz przeglądając zdjęcia z września próbowałem dostosować braną odzież do panujących warunków. Na pewno trzeba było przygotować się na temperatury ujemne, deszcz, śnieg oraz wiatr. Jak się okazało na miejscu, obecne lato należy do jednego z najcieplejszych i warunki we wrześniu nadal były bardzo dobre do turystyki (zarówno w rejonie Jotunheimen oraz Hardangerviddy). Prawdę powiedziawszy z całego wyjazdu, na 19 dni (realnie 17 dni) około 3-4 dni było mniej sprzyjających do wędrowania.

Sprzęt:
  • śpiwór puchowy z komfortem do ok. -9 st. C (750 gram puchu 700 CUI) (ponieważ zakładałem spanie w namiocie wilgoć i wilgotność były mniej niebezpieczne), wkładka bawełniana do śpiwora;
  • mata samopompująca;
  • namiot jednoosobowy (duży jak dla jednej osoby), 2 warstwowy, dodatkowa podłoga;
  • czołówkę i zapasowe baterie;
  • palnik na gaz (zakręcany, primus);
  • łyżkę, menażkę stalową, 2 ściereczki z mikrofibry (świetny patent, wcześniej przetestowany), kubek stalowy;
  • pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak;
  • apteczkę i grubą folię NRC;
  • 10 metrów repsznura 5 mm;
  • aparat fotograficzny z pokrowcem, 2 zestawy baterii, 2 karty pamięci;
  • ładowarka do telefonu, ładowarka do baterii do aparatu (obie rzeczy niepotrzebne);
  • okulary korekcyjne ze szkłami przeciwsłonecznymi, ściereczki do wycierania;
  • scyzoryk;
  • butelka aluminiowa 1,5L;
  • 2x butelki PET 0,5L od napoju, z szerokim wlewem;
  • zestaw map, kompas, mapnik;
  • kijki trekkingowe;
    Odzież:
  • 2 pary rękawiczek - cieńsze z Powerstretch, grubsze z ociepliną;
  • ciepła czapka;
  • komplet odzieży z wełny merynosów: 2 pary bokserek, bluzkę dł. rękaw 240 g/m kw, bluzę długi rękaw z golfem 280 g/m kw;
  • komplet bielizny z dzianiny syntetycznej: dł. rękaw i bokserki;
  • kamizelka z ociepliną syntetyczną;
  • lekką kurtkę przeciwdeszczową (użyta raz);
  • bardzo lekką kurtkę przeciwwiatrową;
  • soft-shell;
  • zimowe spodnie soft-shellowe z warstwą polaru wewnątrz oraz zintegrowanymi stuptutami (użyte kilka razy);
  • spodnie turystyczne z odpinanymi nogawkami;
  • 2 pary grubych skarpet (wełniane), jedna para cienkich skarpet, jedna para średnich skarpet (niepotrzebne);
  • kalesony (użyte raz);
  • buff (używany cały czas);
  • kapelusz bawełniany (używany cały czas);

    Przygotowany byłem na warunki zimowe, ponieważ szczególnie w rejonie Hardangervidda obawiałem się bardzo mocnych wiatrów oraz załamań pogody, jak się okazało trochę niepotrzebnie, ale bazowałem na relacji z roku 2007.

    Całość ważyła 33 kg. Przetransportowałem wszystko w 2 sztukach bagażu, torba podróżna beznadziejnej jakości (jednorazówka) została wyrzucona na lotnisku.

    Relacja, część I, Jotunheimen

    Zdjęcia z tej części

    Dzień 1 i 2

    Nie spałem wiele tej nocy, bynajmniej nie dlatego że nurtowały mnie myśli o czekającej przygodzie. Po prostu późno wróciłem do mieszkania i miałem tylko niecałe 4 godziny snu przed sobą. Jedzenie było już przygotowane i posortowane, sprzęt i ubrania wybrane, pozostało jeszcze tylko kilka kwestii do załatwienia. Musiałem skoczyć po torbę (na szczęście miły pan dał mi przesyłkę, mimo iż oficjalnie biuro było zamknięte), kupić miętusy, napoje (chodziło o butelki z szerokim wlewem, w razie czego mogą służyć jako pojemnik na mocz i termofor) i parę innych drobiazgów.

    Wszystko spakowałem, zjadłem byle szybciej obiad, krótka rozmowa z rodzicami i jazda na autobus. Czasu było dużo, na lotnisku tylko czekałem i myślałem jak będzie tam...

    Lot minął szybko, samolot wzniósł się ponad chmury kłębiące się nad miastem. Zza okna widok na czerwono-białe morze kłębiących się chmur. Tak zachód Słońca, jego ostatnie promienie uciekały.

    Na lotnisku przepakowanie, czekanie na autobus. Bilet studencki, o 4 rano miałem być na miejscu. Nie spałem prawie, lekka drzemka. Na miejscu wysiadka, co robić? Trzeba się gdzieś przespać. Szybkie rozstawienie namiotu, jest zimno, śpiwora nie wyjmuję, za dużo zabawy, Leże i telepię co jakiś czas, 2-3 godziny. Rozłożyłem się tuż przy cmentarzu przyłączonym do starego kościoła (Lom kyrkje), jak się okazało w ten weekend obchodził 850-lecie.

    O 8:40 miałem mieć autobus. Miałem. Miała go też mieć para z Belgii - Sem i Charlet. Autobusu do Juvashytta nie było. W międzyczasie kupiłem też ostatni dostępny kartusz na gaz na pobliskiej stacji benzynowej (samolotem się nie przewiezie). Zaczęliśmy łapać stopa. Oni poszli trochę do przodu, złapali szybciej stopa, Ja spokojnie szedłem, przecie i tak do miejsca planowanego obozowiska jest 30 km... Plecak wrzynał się w ramiona, po 2-3 godzinach złapałem jednego stopa, potem godzina marszu pod górę i znowu złapana okazja. Młodzi Norwegowie jechali terenówką na lunch do schroniska (30 km), a potem z powrotem do Oslo. Los się uśmiechnął, po drodze wymijamy Sem i Charlet, dają pod górę...

    Ciepło, niebo dosyć czyste, Słońce świeci, podchodzę bliżej jeziora. Mam przepiękny widok na Kjelen oraz lodowiec znajdujący się poniżej, w cyrku. O 14 jem śniadanie. Potem rozstawianie namiotu, rozglądanie się po okolicy, wejście na Kjelen. Widoki przepiękne. Rozłożyste wzgórza, szerokie doliny. Wszystko tutaj jest olbrzymie.

    Wchodząc polem śnieżnym, a potem rumoszem skalnym dostrzegłem dwójkę Belgów, rozłożyli się przy jeziorze, sąsiedzi. Obchodzę urwisko Kjelen, staję na krawędzi, lufa kilkaset metrów.

    Schodzę na dół się przywitać, szli 12 km zamiast 18, nie było źle. Poszedłem porobić zdjęcia lodowca. Młoda morena, duże bloki nie w pełni poklinowane, wszystko się rusza, tuż przy lodowcu kamienie oblodzone, ślisko.

    Pogawędka z Belgami, jutro Galdhoppigen, co wy na to? Ok. Jutro przyjdzie czas na najwyższy szczyt Norwegii, 2469 m npm. Piękny zachód Słońca, okolica skąpana w czerwono-fioletowej barwie. Ogromny Łysy nad schroniskiem.

    Dzień 3

    Pobudka rano, wybieram się na lekko, Sem i Charlet chcą przejść przez wierzchołek i dotrzeć do drugiego schroniska - Spiterstulen - więc pakują wszystko. Idziemy do schroniska zapytać się o pogodę. Słyszę Polaków, para z południa Polski, też idą. Wychodzimy dosyć późno, po 10. Przed nami pole głazów, trzeba lawirować, potem pole śnieżne, znowu głazy, lodowiec.

    Przed lodowcem odpoczywamy (towarzysze targają swoje plecory...). Przechodzi grupa Finów, uzbrojeni po zęby - raki, czekany, śruby lodowe, dead-many, karabinki, ekspresy, liny, taśmy, repiki, kaski. Charlet pyta się ze zdziwieniem czy to wszystko na lodowiec i na Galdhoppigen im potrzebne jest... Wątpliwości (ja ich nie miałem, przez lodowiec przechodzą grupy po 50 osób i wycieczki szkolne). Idziemy dalej. Ciepło na lodowcu, większość promieni słonecznych jest odbijana od powierzchni. Dochodzę do skałek, wyraźna linia grani biegnie aż po wierzchołek, na górze małą chatka. Przy okazji poznajemy Jose. Hiszpan, 8 lat mieszkający w Norwegii. Wędrowiec i wspinacz, świetny gość.

    Na szczycie zapierająca dech w piersiach panorama. Postrzępione wierzchołki, częściowo zakryte chmurami, wszystko tonie w błękicie. Belgowie decydują się wracać ze mną i z Jose. Droga do Spiterstulen jest bardziej oblodzona, a oni nie mają ani raków, ani czekanów, ani kijków.

    Schodząc rozmawiam z Jose, o Polsce, o Hiszpanii, o konflikcie w Rosji, o wspinaczce. "Polish climbers are not normal people, you know?:)"

    Nowo poznany kolega pokazuje jak hamować czekanem, staczamy się po zboczu i hamujemy, świetna zabawa, która kiedyś może uratować życie.

    Okazuje się z Jose może nas podwieźć do Spiterstulen. Jedziemy najpierw do Lom, ja z tyłu transita. Szybkie zakupy w sklepie i jazda na parking. Kemping nad rzeką. Wspólna kolacja, rozmowy przy jedzeniu, smakowanie piwa, wymiana poglądów. Gwiazdy świecą nad nami, poświata księżyca rozjaśnia okolicę, jarzy się lampa gazowa. Spać, zimno.


    Relacji część: 1 , 2 , 3 , 4 .

    survival_zielona_kuchnia