strona główna survival patenty rośliny jadalne i użytkowe, galeria tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki nowości zrób to sam filmy i programy, aktualnie w TV sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć? jedzenie o autorze umiejętności podstawowe i zaawansow. spis treści, słownik, szukaj

Festiwal Technik Prymitywnych w Rzepniku na Pogórzu Dynowskim

odbył się w długi weekend majowy 2005.

Sposobów przetrwania i radzenia sobie w prymitywnych warunkach nie trzeba koniecznie uczyć się w amazońskiej dżungli czy na egzotycznej bezludnej wyspie. Czasem wystarczy łąka i las w swojskich Beskidach.

"Zielone" bytowanie

Miłośnikom military-survivalu, nasze spotkanie nie przypadłoby raczej do gustu. Nie było na nim zajęć z maskowania czy atakowania przeciwnika. Staraliśmy się za to nauczyć jak radzić sobie bez rzeczy, których obecność w naszym życiu uważamy dziś za oczywistą.

Od kuchni

W długi majowy weekend w gościnnych "progach" Łukasza Łuczaja czyli na należącej do niego łące, zebrało się kilkunastu uczestników pierwszego festiwalu prymitywnych technik przeżycia. Założenie było proste - wymieniamy się wiedzą o sposobach przetrwania przekazując pozostałym to, co umiemy najlepiej, próbujemy też jak najbardziej wrócić do metod życia naszych przodków. Przyjechali zarówno początkujący miłośnicy survivalu, jak i prawdziwi eksperci, w tym aż trzech znawców dzikich roślin jadalnych, czyli Wojtek, student biologii Uniwersytetu Białostockiego, piszący pracę magisterską na ten temat, Bogdan - autor harcerskiego skryptu "Zielona Kuchnia" i strony internetowej o survivalu oraz nasz gospodarz Łukasz, który także napisał książkę o jadalnych dzikich roślinach, a ostatnio też o robakach. Nie trudno się więc dziwić, że temat jedzenia - szczególnie roślin, zdominował nasz obóz.

Choć mieliśmy produkty cywilizacji, jak choćby kilka puszek czy kaszę, w miarę upływu czasu coraz bardziej przechodziliśmy na dietę złożoną z tego, co zebraliśmy na polach, łąkach i w lesie - roślin i bezkręgowców oraz różnego rodzaju własnych wypieków. Przekonaliśmy się przy okazji, ile czasu zabiera zdobycie pożywienia i jego przygotowanie, jeśli nie ma się do dyspozycji supermarketu i kuchenki. Szczerze mówiąc było to nasze podstawowe zajęcie. Warto o tym pamiętać na przyszłość myśląc o przetrwaniu - jeśli nie można z plecaka wyciągnąć zupy błyskawicznej i mielonki, gotowanie to naprawdę ważny punkt dnia.

Najbardziej zieloną dietę przyjął Wojtek, który przez cztery dni jadł tylko dzikie rośliny. Wbrew pozorom jego pożywienie nie było monotonne. Rzeżucha gorzka, liście lipy i buka, żywiec, pałka wodna, kokoryczka wielokwiatowa, skrzyp, pokrzywa, czyściec, barszcz, biedrzeniec mniejszy - to tylko wybór potraw z jego menu.

Nasz gospodarz Widok naszego obozu Bulwki Zupa ziołowa z kurą

Z kłącza i liścia

My także używaliśmy produktów "z natury". Liście barszczu zwyczajnego posłużyły nam do zrobienia staropolskiego barszczu, który wzbogaciliśmy czosnkiem niedźwiedzim i kaszą jaglaną. Pałkę wodną gotowaliśmy w wodzie - nic jej więcej nie było potrzeba, żeby smakowała jak szparagi lub młode pory. Pałka ma zresztą mnóstwo zalet - łatwo ją znaleźć, nie sposób pomylić i do tego jest pyszna. Ma też niewielkie wady - żeby ją zebrać zwykle trzeba wejść do wody, a w czasie obierania odrzuca się sporą część zewnętrznej warstwy rośliny. Dlatego radzę - zbierajcie jej od razu dużo, bo bardzo zmniejszy swoją objętość, a chętnych na nią będzie wielu. Odcięte części liśći pałki można później zużyć do robienia różnych plecionek.

Zbieranie pałki Pałka wodna przed obraniem i po Pałka wodna gotowa do gotowania Gotowanie pałki wodnej

Innym przebojem obozu były wykopane z pola kłącza chwastu - czyśćca błotnego. Umyte smażyliśmy na patelni na oleju. Smakowały jak coś pomiędzy frytkami i fasolką szparagową. Pyszne były też bulwki skrzypu, ale trudno nazwać je potrawą ekonomiczną. Dwaj panowie kopali saperką przez godzinę i z dziury głębokości 50 do 80 cm wydobyli 150 gram tego specjału. Trzeba jednak przyznać, że były super - słodkawe i mączne, w konsystencji przypominające wnętrze orzechów kokosowych.

Zbieranie kłączy czyśćca błotnego Kłącza czyśćca błotnego Delicje - bulwki skrzypu

Nie sam chleb

Za to przebojem dla uczestników jedzących mięso - część bowiem była wegetarianami lub weganami - były winniczki. Mieliśmy szczęście, bo akurat maj jest czasem legalnego zbioru tych ślimaków. Zalane octem ginęły w mgnieniu oka, potem były płukane i prażone na patelni lub ruszcie. Teraz następowała najbardziej żmudna praca czyli wyciągane ich ze skorupek. Potem przyrządzaliśmy je na sposób francuski czyli smażyliśmy na maśle i jedli z dodatkiem czosnku niedźwiedziego.

Prażenie ślimaków Winniczki z masłem i pałką wodną Królewska uczta:
Placki ash-cake i kłącza czyśćca

Dodatkiem do naszych dań były wszelkiego rodzaju chleby. Najprostszy to ash cake czyli po prostu placuszki z mąki z wodą pieczone na gorącym popiele. Pokusiliśmy się też o bardziej wyrafinowane wypieki. Nieźle udał się nam chleb na proszku przygotowany w popiele. Najpiękniej jednak urósł chleb na suszonych drożdżach pieczony też w popiele, ale w menażce. Jego przygotowanie wymaga jednak sporo czasu, bo musi rosnąć powoli aż dwa razy. Spróbowaliśmy też dwóch chlebów Wojtka - z kłączy paproci orlicy i trawy włośnicy. Kiedy nam tłumaczył, jak je robił i ile to kosztuje czasu - doszliśmy do wniosku, że bez mąki można sobie poradzić, ale naprawdę sporym nakładem sił.

Pieczenie Chleb Chleb na drożdżach, pieczony w menażce Chleb z włośnicy

Roboty w drewnie

Nie zajmowaliśmy się tylko jedzeniem. Już pierwszego dnia zaczęliśmy budowę szałasu - drągi i gałęzie ustawione w kształ tipi połączyliśmy na górze taśmą i przykryliśmy suchą trawą. Trzeba przyznać, że nie tylko było tam przytulnie, ale także okazało się to jedyne chłodne miejsce w czasie upału. Uczestnicy spali też w namiotach, zaimprowizowanych tipi krytych plandekami, a niektórzy twardziele, w tym Przemek "Fredi" - autor strony survivalowej i znawca noży - po prostu pod gołym niebem.

Początek budowy szałasu Gotowy szałas Nocleg pod ponczem

Dla treningu Przemek z Krzyśkiem z Warszawy, zamiłowanym turystą, zrobili łóżko z gałęzi. Użyli najłatwiej dostępnych materiałów czyli sporej ilości brzeziny i leszczyny. Za podstwę posłużyły dwa mocne dragi z wyciętymi miejscami na wstawienie poprzeczek. Ponieważ miało to być leże tylko na chwilę, użyli sześciu poprzeczek z cieńszych gałęzi zamocowanych mniej wiecej co pół metra, zamiast ustawiać je bardzo gęsto. Na tą konstrukcje rzucili dlugie i elastyczne brzezinki i po przykryciu kocem powstało miękkie legowisko.

Polowe łoże Nauka

Cały jeden dzień zajęła nam nauka plecenia koszyków. Nie jest to umiejętność do wykorzystania na krótkiej wyprawie, ale przy dłuższym pobycie może być przydatna. Nasz instruktor Bernard, który prowadzi zajęcia z wikliniarstwa w szkole rzemiosł artystycznych we Wzdowie, wybrał na początek tzw. opałkę. Z leszczyny zebranej w lesie robiliśmy dwie obręcze wiązane taśmami z tejże leszczyny lub łykiem lipowym, a potem przeplataliśmy przywiezioną przez Bernarda wikliną. Koszyków własnego wyrobu używaliśmy do zbierania roślin i okazały się bezkonkurencyjne. Za to Bogdan [autor tej strony] pracował nad kompasem Wikingów - husanotrą. Produkowaliśmy też na własne potrzeby sztućce - łyżkę, drewniany widelec czy szczypce do wyjmowania potraw z kociołka.

Początek opałki... ...i kosz prawie gotowy Ania robi łyżkę

W różnicy siła

Jedną z zalet festiwalu byli jego uczestnicy, a właściwie ich różnorodność. Żeby wymienić tylko część - przyjechał z Poznania Jacek z rodziną - turysta, podróżnik, miłośnik kajaków i sztuk walki; Justyna, absolwentka etnologii na Uniwersytecie Warszawskim, interesująca się ekologią i rzemiosłem artystycznym; Małgosia z Dąbrowy Tarnowskiej, absolwentka kulturoznawstwa, zafascynowana psychologią i kuchnią pięciu przemian oraz Tomek, który studiuje na SGGW ochronę środowiska, a pasjonują go techniki przeżycia ludzi pierwotnych.

Warsztaty się udały, może więc powtórzymy je za rok. Jeśli wy też macie ochotę na własną imprezę, znajdźcie teren, na którym właściciel pozwoli wyciąć trochę drzew i palić ognisko, zgromadźcie doborowe towarzystwo i do dzieła. Zanim jednak zaczniecie zbierać dzikie rośliny, zaopatrzcie się w dobrą książkę do ich oznaczania, a najlepiej zaproście kogoś, kto się na tym zna. Chyba, że poprzestaniecie na pokrzywie, pałce wodnej czy kwiatach akacji.

Zbiorowa fotografia na zakończenie

Zbiorowa fotografia na zakończenie (stoją od lewej):
- Łukasz (nasz gospodarz)
- Małgosia
- Wojtek (student biologii)
- Justyna
- Tomek
- Krzysiek
- Fredi
- Ania (autorka tekstu)
- Bogdan (autor niniejszej strony)



Na podstawie tekstu Anny Jaśkiewicz, który ukazał się w "Survivalu" (nr 4/2005).


Po stronie na skróty: scenariusz "Porzuceni w dziczy", Bieszczady, ubranie i samodzielne robienie map.

survival_zielona_kuchnia