strona główna
survival
patenty
rośliny jadalne i użytkowe, galeria
tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki
nowości
zrób to sam
filmy i programy, aktualnie w TV
sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć?
jedzenie
o autorze
umiejętności podstawowe i zaawansow.
spis treści, słownik, szukaj

Tygodniowy obóz w Rzepniku na Pogórzu Dynowskim

który odbył się w czerwcu-lipcu 2004.

O tegorocznym obozie zaczęliśmy rozmawiać już pod koniec poprzedniego obozu w Lasach Janowskich. Pierwotnie planowaliśmy rozbić się w Bieszczadach koło obozu Krisa Kwiatkowskiego. On jednak odwołał swój obóz i wyjechał na Rajd Transsyberyjski. Skorzystaliśmy więc z oferty Łukasza Łuczaja i wyjechaliśmy do jego gospodarstwa w Rzepniku.

sobota 21.06.03r

Rano przyjechaliśmy na stację opodal Rzepnika. Na stacji czekał na nas Łukasz z samochodem. Po krótkich akrobacjach udowodnikiśmy Łukaszowi, że Seicento jest pojemnym samochodem - zmieściło się w nim sześć osób + 5 plecaków. Na miejscu Łukasz oprowadził nas po swoich "włościach" - mieszka w starym domu weselnym koło zabytkowej cerkwi. W leśnej części jego włości wybraliśmy miejsce na obozowisko - obok starego szałasu Łukasza, niedaleko strumienia. Tam rozstawiliśmy nasze namioty i płachty
Szałas Łukasza

niedziela

Rano przyszedł do nas Łukasz z córką i pokazał, jak się piecze ash-cakes czyli popielanki. Podobno na niektórych zlotach hippisów "Rainbow" takie "ciasteczka" są postawą wyżywienia i piecze się je setkami.

Potem z Fredim i Małgosią zbudowaliśmy na strumieniu tamę, żeby było łatwiej nabierać wodę:
  • Stelaż z drewna okleiliśmy gliną.
  • Glinę obmurowliśmy płaskimi kamieniami żeby woda jej nie rozmywała.
  • W górnej części tamy wstawiliśmy, jako kran, obciętą szyjkę od butelki - ładnie z niej sikało.
    Dodatkowym zyskiem z istnienia tamy była czystsza woda - w zbiorniku przed tamą prąd zwalniał i muł osiadał na dnie.

    Po obiedzie zaczęliśmy murować piec jukoński ale o tym przeczytacie w innym rozdziale. Wieczorem piec był gotowy do suszenia i wypalania.
  • ash-cake
    Drewniany stelaż Kamienne licowanie Gotowa tama

    poniedziałek

    Poprzednie dwa dni były bardzo upalne. Postanowiliśmy zrobić zwiad po okolicy połączony z kąpielą w stawie. Łukasz (jako gospodarz) wyznaczył nam trasę na mapie 25-ce. Niestety nie zgadzały nam się ze sobą trzy rzeczy - mapa, okolica i nasze miejsce na obu poprzednich. W środku zamieszania przyjęliśmy założenie, że drogi mogły się zmienić ale góry nie. Więc nie zważając na drogi (zaznaczone na mapie) zdobyliśmy górę (zaznaczoną na mapie). Od tej pory było już łatwiej: Góra - polana - grzbiet - szlak - droga. Na polanie zobaczyliśmy AMBONĘ. Dobre 10 m wysokości i wspaniały widok na okolicę. Koło ambony złapał nas deszcz i przynajmniej dwóch z nas wzięło prysznic. Pozostałym to nie wystarczyło i uparli się na kąpiel w stawie. Po kąpieli zwiedziliśmy stary cmentarz oraz cerkiew w Rzepniku. Do obozu wróciliśmy drogą zaznaczoną na mapie - asfaltową. Wieczorem z kamieni, które zostały po budowie pieca, próbowaliśmy zrobić piec maoryski. Kamienie nagrzały się bardzo ładnie. Owinęliśmy kurę w jadalne liście i zostawiliśmy ją na noc w dole, przykrytą ziemią.
    ognisko podgrzewa kamienie pieca
    AMBONA Stary cmentarz Dawna cerkiew w Rzepniku.
To koło niej stoi dom Łukasza

    wtorek

    Rano wyjęliśmy z dołu kurę. Niestety, poza miejscami, przy których były rozrzane kamienie mięso było różowe. Na przyszłość trzeba pamiętać, żeby kamieni było naprawdę dużo - nie tylko na dnie ale i w ścianach dołu. Zjedliśmy więc kanapki i zabraliśmy się zastawianie nowego szałasu potów. Łukasz postawił ich już w życiu kilka więc nami kierował. W trakcie budowy mieliśmy małą przekąskę - prażone koniki polne. Potem nosiliśmy drewno i kamienie na ognisko.
    O samym szałasie potów powiem krótko - to trzeba przeżyć, żeby wiedzieć czym on jest. A przeżyć warto, bo oczyszcza nie tylko ciało ale i umysł.
    Prawie-upieczona kura Prażone koniki Gotowa sauna

    środa

    Rano Małgosia i Bogdan (czyli ja) pojechali do domów. A szkoda bo na dzisiaj zaplanowaliśmy "chodzenie po ogniu". Łukasz zaprosił specjalistę od tego "obrzędu". Specjalista zarządził zbieranie chrustu, żeby starczyło na wielkie ognisko, które dostarczy dużo żaru.
    Samo chodzenie po ogniu widać na zdjęciach poniżej. Fredi chodził cztery razy ale za ostatnim razem przedobrzył. Skończyło się na lekkich oparzeniach stóp. Lepiej nie próbujcie robić tego sami!
    Ognisko i żar Ścieżka ognia Fredi na ognistej ścieżce

    czwartek

    Rano ruszyliśmy na wycieczkę po okolicy - zwiedziliśmy zamek Kamieniec i Rezerwat "Prządki". Wieczorem przyjechał Bigos. Okazał się całkiem sensownym facetem.

    Zamek Kamieniec Rezerwat 'Prządki' Bigos we własnej osobie

    piątek 27.06.03r

    Wszyscy wrócili do cywilizacji. Trzeba było sobie przypomnieć dzień tygodnia i datę w kalendarzu.

    Spisane przez Bogdana, uzupełnione przez Frediego.



    Na skróty po stronie:

    survival_zielona_kuchnia