strona główna survival patenty rośliny jadalne i użytkowe, galeria tereny wypadowe, wyprawy
książki, linki nowości zrób to sam filmy i programy, aktualnie w TV sprzęt: pełny i minimalny
jak zacząć? jedzenie o autorze umiejętności podstawowe i zaawansow. spis treści, słownik, szukaj

Wypad "minimalny" (wakacje 2005)

okolice Tomaszowa Mazowieckiego.

Wyposażenie

Biwak miał być (z założenia) minimalny: minimum sprzętu - maksimum improwizacji. Jednak każdy z nas wyobrażał sobie to minimum inaczej, co okazało się dopiero na dworcu. Cały mój bagaż stanowiły ubrania i zawartość kieszeni (w tym zestaw przetrwania). Moi koledzy wzięli co prawda plecaki, ale były one prawie puste. I żaden z nich nie miał sprzętu biwakowego czy zapasów żywności.

Pierwszy nocleg

Na stację dojechaliśmy z Krzyśkiem koło 22ej - Fredi już na nas czekał. Ponieważ żaden z nas nie miał śpiwora, chcieliśmy rozpalić ognisko i przy nim spędzić noc. Postanowiliśmy jak najszybciej wydostać się z miasta i przenocować w jakimś gąszczu. Odpowiednie miejsce znaleźliśmy jeszcze przed północą: Mała polanka w pobliżu zwalonego drzewa, które zapewniało nam dostatek opału. Odgarnęliśmy ściółkę z miejsca ogniska i zużyliśmy ją od razu do zrobienia materacy. Nie mieliśmy czasu ani ochoty na budowanie szałasów - ognisko ogrzewało nas przez całą noc. Obracaliśmy się tylko co jakiś czas, żeby ogrzać coraz to inną, zziębniętą część ciała. Nie wyznaczyliśmy sobie wart w nocy, przez co ci bardziej odporni na zimno nie budzili się w nocy i nie dokładali do ogniska.

Pierwsza noc przy ognisku

Dzień pierwszy - szałasowy

Ledwie zrobiło się jasno, zerwaliśmy się, wypiliśmy herbatę z liści malin i po zamaskowaniu noclegu - ruszyliśmy dalej. Następną noc chcieliśmy spędzić w ogrzewanym szałasie, więc szukaliśmy miejsca na jego budowę. Po drodze poznawaliśmy okoliczne lasy i zbierliśmy rośliny jadalne: grzyby, jeżyny, borówki, pałkę wodną i rzeżuchę. Cegłówki znalezione w lesie (!) wynieśliśmy na polanę i dopiero tam zmontowaliśmy naszą kuchnię polową. Ugotowaliśmy zupę grzybowo-pałkowo-rzeżuchową wzmocnioną połówką kostki rosołowej z zestawu przetrwania.
Żaden z nas nie zabrał przyborów do mycia, więc kiedy znaleźliśmy kępkę mydlnicy - zabraliśmy ze sobą kilka gałązek, żeby umyć się po pracy. Zrobiliśmy też łyżkę z kory sosny i szczoteczkę do zębów.

Sprawdzam, czy pałka nadaje się do jedzeniaZupa grzybowo-pałkowo-rzeżuchowaPolowe żarnaKrzysiek wypróbowuje mydlnicę Rzeczka, w której zbieraliśmy rzeżuchęJeżyny były najsłodsze w okolicyBorówki rosły w słonecznych miejscach

Koło południa znaleźliśmy wymarzone miejsce na szałas: Wielka polana, w pobliżu rzeczka i poręba, na której zostało mnóstwo świeżych gałęzi. Wykorzystaliśmy je, budując szałas według wzoru z książki Ray'a Mears'a.
Najpierw, patykami wbitymi w ziemię, zaznaczyliśmy miejsca na cztery pionowe maszty. Wyznaczone w ten sposób trzy boki trapezu były dłuższe od naszego wzrostu. Na czwartym, najkrótszym boku, miało być wejście do szałasu.
Maszty miały rozwidlenia na wysokości około 120 cm. Na rozwidleniach zamontowaliśmy poziome "kalenice", wiążąc je pędami chmielu. Na kalenicach opieraliśmy kije wbite skośnie w ziemię. Najlepszy odstęp między nimi to 20-40 cm. Następnie przeplataliśmy je poziomo giętkimi gałązkami. W ten sposób konstrukcja była sprężysta i dość trwała. Na poziomych gałązkach wieszaliśmy sosnowe "łapki". Układaliśmy je jak dachówki. Potem (teoretycznie) należało pokryć je jeszcze darnią lub ściółką. Jednak wszystkie prognozy nie zapowiadały deszczu, więc szałas nie musiał być szczelny. Wystarczało nam, że chronił od wiatru i kumulował wewnątrz ciepło.

Szałas - zarysSzałas - rusztowanieSzałas - pokrycieSzałas - wnętrze w nocy

Próbowaliśmy jeszcze przerobić ziarno zbóż na coś zdatniejszego do jedzenia. Niestety rozgniatanie ziaren między dwoma kamieniami okazało się mało produktywne. Lepiej poszło rozgniatanie ziarna kamieniem na pniu. Otrzymaliśmy wtedy śrutę - mieszankę kaszy i mąki, którą dało się ugotować. Niestety potrawa się przypaliła a w dodatku nabrała smaku żywicy. Dobrze że reszta kolacji - kompot z jeżyn zagęszczony "mąką" był pyszny. Jednak po całym dniu pracy i skąpych posiłkach byliśmy ciągle głodni. Wyciągnęliśmy z tego następujące wnioski:

  • Żeby się najeść np. pałką wodną, trzeba zebrać jej naprawdę dużo
  • Na Festiwalu Technik Prymitywnych, gdzie się poznaliśmy, uczestnicy nie chodzili głodni bo codziennie jedli asz-kejki pieczone w żarze ogniska.
  • Budowa szałasu nie powinna zajmować połowy dnia - trzeba to jeszcze poćwiczyć.
  • Jutro mamy dzień wędrowny - zrobimy zakupy i najemy się po drodze.


    Dzień drugi - wędrowny

    Zerwaliśmy się przed świtem i ruszyliśmy w drogę. Chcieliśmy zobaczyć Pilicę o świcie a mieliśmy do niej kawałek drogi. Rzeka nas nie zawiodła: podnoszące się mgły sprawiały, że okolica wyglądała jak wyjęta z kart "Psa Baskerville'ów". Po dojściu do Spały, podzieliliśmy się: Długonogi Krzysiek pobiegł obejrzeć bunkry w Konewce a my, którzy już je widzieliśmy, zwiedziliśmy miejscowość. Krzysiek wrócił akurat na otwarcie sklepów i śniadanie.

    Świt pod Spałą Poranne mgły nad Pilicą Pajęczyna o świcie

    Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą trasę. Do tej pory wszystkie ciuchy niosłem na sobie a dobytek po kieszeniach, jednak zaczęło się robić ciepło i musiałem zmienić sposób pakowania. Z kurtki M-65 i kawałka sznurka zrobiłem sobie prowizoryczny plecak, do którego schowałem niepotrzebne ciuchy.

    Lasy między Spałą a Inowłodzem świetnie nadają się do uprawiania survivalu: mieszane, o urozmaiconej rzeźbie, przecięte Pilicą i kilkoma strumieniami. Jest też sporo zarośniętych starorzeczy, w których można znaleźć pałkę i inne jadalne rośliny. Cechą charakterystyczną tej okolicy są stare dęby rosnące pojedynczo w środku lasu. Przed wojną były to ulubione tereny łowieckie prezydenta Mościckiego.

    Spała - pod słynnym pomnikiem żubra Prowizoryczny plecak zrobiony z kurtki M-65 Starorzecze Pilicy

    Niestety, najbliższe okolice Inowłodza okazały się zabudowane domkami i daczami. Nie mieliśmy innego wyjścia jak iść asfaltem do miasta - tu nie było gdzie odsapnąć - wszędzie tylko samochody, psy i głośniki...

    Za to Inowłódz okazał się przyjemnym małym miasteczkiem: Kościół, rynek i sklep w dawnej synagodze (warto zajrzeć do środka). Po za tym: ruiny zamku Kazimierza Wielkiego i romański kościółek św. Idziego. Zobaczyliśmy to wszystko, zrobiliśmy kilka pamiątkowych fotek i wsiedliśmy do PKSu żeby wrócić do domu.

    Dęby nad Pilicą Przed romańskim kościołem św. Idziego

    Wyciągnęliśmy sporo wniosków z tego wypadu:

    • Uzgodnić dokładnie przed wyjazdem, co to znaczy "minimum" - co wolno, a czego nie wolno zabierać.
    • Zapakować do ładownicy kostkę rosołową - wtedy można zrobić zupę praktycznie ze wszystkiego i nie bać się o jej smak.
    • Zabrać ze sobą suchary, mąkę na podpłomyki albo przewidzieć więcej czasu na zbieranie żywności.
    • Przed wyjazdem zorientować się, skąd można będzie zebrać odpowiednio dużą ilość pożywienia roślinnego - rzeka, staw? A może warto poznać smak głodu na wyprawie...?
    • W upalne dni problemem jest woda: trzeba jej pić dużo, a ta ze strumieni jest niepewna (mimo filtrowania). Konieczne było rozpalanie ogniska co przy dużym zagrożeniu pożarowym nie jest bezpieczne. Rozwiązaniem powinno być odkażanie wody.

      survival_zielona_kuchnia