Autor: Grzechu - 11 PDH "Tajga" Poznań
Późny poranek w jednym z pierwszych dni sierpnia – po półtoragodzinnej jeździe PKS-em startujemy z rynku w Sierakowie. Zaplanowana trasa wynosi około 35 km – docelowy punkt to stacja kolejowa Miały, ale nie zamierzamy iść tam najkrótszą drogą. Miało nas być 4, ale pojechało w końcu tylko 3 – bracia G. i ja. Obawiam się, że będę „najsłabszym ogniwem”. Wprawdzie uważam się za dobrego piechura, ale ostatnio prowadzę dość siedzący tryb życia, poza tym bracia uczestniczą w kolarskich wyścigach szosowych, triatlonach itd. więc kondycyjnie są o wiele lepiej przygotowani. Pogoda idealna na długi marsz – ok. 20 stopni C, świeci słońce, lekki wiatr, nie jest za gorąco.
Przechodzimy Wartę i za mostem skręcamy w lewo na żółty szlak. Szlak jest słabo oznakowany, szybko tracimy go i idziemy własną drogą, wzdłuż Warty przez nadrzeczne chaszcze i tarasy zalewowe. Bardzo urozmaicony krajobraz, dużo starych drzew. Na jednym z nich siedzą jakieś ptaszyska – spoglądamy przez lornetkę: to kormoran i czapla „w jednym stali domu”. Znad rzeki przez wrzosowiska kierujemy się w stronę lasów. Po drodze „spotykamy” trochę zwierząt, niestety martwych – na ścieżce leży zdechła polna mysz, a na wrzosowisku kości jakiegoś zwierzaka, może nawet jelenia bo dość duże. Żywą widzimy tylko 1 sarnę.
Kilkanaście minut marszu przez sosnowy las i docieramy do asfaltowej szosy Międzychód-Sieraków. Pora na decyzję – czy idziemy wzdłuż Jeziora Kłosowskiego by zobaczyć rezerwat „Czaple Wyspy”, czy wzdłuż Jez. Mnich zaliczając dwa rezerwaty: „Mszar nad Jez. Mnich” i „Cegliniec”? Stwierdzamy zgodnie, że czaplę już dziś jedną widzieliśmy, więc wybieramy wariant drugi. Mnich to długie wąskie jezioro. Kiedyś należało do zakonu benedyktynów, stąd tłuste sandacze i szczupaki trafiały na stoły braciszków. Na jego wschodnim brzegu las przypomina trochę Puszczę Notecką taką jaka była może przed wiekami – stare buki, brzozy i sosny. „Cegliniec” to jedyny fragment Puszczy ocalały sprzed katastrofalnej gradacji strzygoni choinówki w 1923/1924 r.
Wreszcie odbijamy na wschód i po kilkunastu minutach marszu ubitym traktem przed nami osada Borowy Młyn. Młyn już oczywiście nie działa, ale jest jeszcze jaz i staw. Tu planujemy pierwszy kilkunastominutowy odpoczynek. Co tam zobaczymy nad tym stawem? Chmary komarów czy ponętne rusałki? Ani jednego ani drugiego. Łukasz „kierownik wycieczki” z zegarkiem w ręku odmierza czas postoju i bezwzględnie egzekwuje wymarsz po 15 minutach.
Dalej idziemy na północ wzdłuż Borowego Stawu – nazwa „staw” troszkę myląca, bo ma około 2 km długości, przypomina trochę rzekę. Po obu stronach piękny las, dużo śladów po żerowaniu bobrów. Dziś to już dość pospolity widok w Wielkopolsce, ale ja pamiętam jeszcze czasy gdy bóbr wydawał się taką samą rzadkością jak żubr czy ryś i na widok bobrowych zgryzów ogarnia mnie fascynacja. Po 2 km marszu wzdłuż stawu znów odbijamy na północny wschód w kierunku Francuskich Gór – wg legendy tu w piachach miały ugrzęznąć armaty Napoleona.
Krajobraz faktycznie przypomina górski, czuję się trochę jakbym był w Sudetach – wzniesienia, droga rozjeżdżona przez ciężki sprzęt zwożący drewno, na drodze pełno kamieni. Tyle tylko że drzewa to sosny a nie świerki W powietrzu intensywny zapach żywicy. Nagle zza drzew wyłania się coś przypominającego latarnię morską lub minaret – to wieża przeciwpożarowa. Podchodzimy pod nią, słyszymy z góry kobiecy głos – „Można wejść na górę!”. Korzystamy oczywiście z propozycji. Wspinaczka po żelaznych schodach, może się zakręcić w głowie – wieża ma ok. 25 m wysokości tak sądząc na oko.
Przed nami niezwykły widok – niemal wszędzie naokoło rozciąga się zieleń. Puszcza z góry wygląda jak miękki zielony dywan. Tylko w oddali widać na północy kominy i zabudowania Drezdenka, Krzyża i Wielenia, a na południe za Międzychodem i Sierakowem żółte plamy pól. Na zachód i na wschód puszcza ciągnie się aż po horyzont. Cisza i spokój, słychać tylko krakanie przelatującego kruka. Pogawędka z panią obserwator, po czym schodzimy na dół.
Odtąd droga staje się bardziej monotonna. Nie ma już jezior ani strumieni, idziemy szerokimi leśnymi traktami, naokoło prawie wyłącznie sosnowy bór. Jedynym urozmaiceniem są wyręby i pagórki. W osadzie leśnej Pławiska zatrzymujemy się na chwilę przy mogile Powstańców Wielkopolskich – w dniu 5 VI 1919 zginęło tu trzech żołnierzy Kompanii Szamotulskiej - Powstanie teoretycznie zakończyło się zwycięstwem i rozejmem w lutym 1919, ale aż do lata trwały potyczki, a w czerwcu istniała poważna groźba, że Niemcy nie podpiszą traktatu wersalskiego i wybuchnie regularna wojna…
Cały czas podążamy na północny wschód. Teoretycznie idziemy żółtym szlakiem, ale faktycznie go w terenie na dłuższych odcinkach nie ma i kierujemy się busolą oraz numeracją oddziałów leśnych. Po drodze mija nas ciągnik siodłowy z naczepą wiozący dłużyce, wzbijając tumany kurzu. Poza tym ni żywego ducha. Przy kolejnej osadzie Szostaki robimy trzeci, znów piętnastominutowy postój. Za Szostakami zaczyna się pasmo wydm – całkiem spore przewyższenia, można się trochę zasapać podchodząc pod kolejne wzniesienia, zwłaszcza że brnie się po piachu. Odcinek bardzo trudny nawigacyjnie – układ dróg w terenie nie bardzo zgadza się z mapą, trzeba cały czas patrzyć na busolę. Wreszcie docieramy do miejsca po dawnej osadzie Kobusz – za nami około 60% zaplanowanej trasy, przed nami 40%. Tu zaplanowany jest najdłuższy postój.
Nabieram ochoty na kawę – wiem że bracia G. zabrali butlę gazową i palnik. Proszę Łukasza żeby ją wyjął, spodziewam się ujrzeć mały „Camping Gas” czy „EpiGas” tymczasem moim oczom ukazuje się… duża ciężka żeliwna butla turystyczna!
- I ty to całą drogę niosłeś?!
- No akurat nie miałem innej pod ręką, to zabraliśmy tą… przecież to nie jest ciężkie… Dalej, rób sobie tą kawę, byle szybko – masz jeszcze 5 minut!
- A wy nie chcecie?
- Nie.
- Przecież na westernach kowboje zawsze przy ognisku piją kawę z żelaznych kubków!
- Ale Terminator i Rambo nie pili!
- Terminator nie był człowiekiem, to nie musiał…
No cóż, chłopaki nie wiedzą co dobre. Nie ma to jak gorąca kawa z stalowego kubka w „pięknych okolicznościach przyrody”. Rozglądamy się po okolicy – po osadzie Kobusz został tylko ślad w postaci śródleśnej łączki, resztek drewnianego płotu i jakichś śladów murów zarośniętych trawą. Została opuszczona podobnie jak wiele innych osad w głębi Puszczy. Nota bene to prawie dokładnie geograficzny środek tego kompleksu leśnego – stąd jest mniej więcej równa odległość do zachodniego i wschodniego krańca oraz do północnego i południowego skraju.
Ruszamy, przed nami „ostatnie dwie proste”. Dalsza droga jest dość monotonna, nie ma już nawet wydm i wzniesień, za to idzie się dość łatwo po równej ubitej drodze. Trasa przebiega przez teren wielkiego pożaru z 1992 – nad młodym lasem górują „ostańce” pojedyncze sosny które przetrwały tą tragedię. Stopniowo zaczynają się pojawiać oznaki cywilizacji – koszona łąka, jakiś znak drogowy. Docieramy do osady Marylin – całkiem ładna wioska, położona nad pięknym zielonym strumykiem, obejścia tonące w kwiatach, kilka starych drewnianych domów. Znów kilka minut odpoczynku, w jednym z gospodarstw uzupełniamy wodę w manierkach i idziemy dalej, ale już jakoś tak bez przekonania.
4 km marszu po asfalcie to oczywiście nic strasznego, ale też nic specjalnie atrakcyjnego. Duch bojowy trochę upada i na widok samochodu jadącego w kierunku zgodnym z naszym, zaczynamy machać „na stopa”. A nuż się zatrzyma? Istotnie zatrzymuje się. Widocznie nasze spodnie moro, plecaki i kapelusze wzbudzają zaufanie. Już nie pamiętam co to był za pojazd, chyba Daewoo Matiz albo Fiat Panda. Kilka minut jazdy, krótka rozmowa z kierowcą o przebytej wędrówce i jesteśmy w Miałach. Miejscowość słynna na całą Polskę jako mekka grzybiarzy, ale to w innej porze roku. Godzina do pociągu, postanawiamy się ochłodzić. 200 m od stacji jest jezioro, gdzie wg „zasięgniętego języka” jest tzw. wiejska plaża. Owa plaża to miejsce przy wypływie jeziora do rzeczki, kąpie się tam jakaś rodzina z dziećmi. Woda bardzo mętna, zielona, ale dość płytko. Ostrzegają nas, żeby nie pływać dalej bo są rozstawione sieci rybackie. Wchodzimy tylko na chwilę, by się ochłodzić i wracamy na stację.
Nadjeżdża żółto-niebieski „skład elektryczny” – wyprawa dobiega końca.
Podsumowanie – jak się okazało potem, przeszliśmy mniej niż zaplanowaliśmy – tylko 29 km, odpadł bowiem ostatni 4 kilometrowy odcinek. Początek trasy bardzo atrakcyjny przyrodniczo i krajobrazowo, dalej był to już raczej marsz kondycyjno-sportowy. Ekipa zgrana w stu procentach, pogoda idealna, dużo wrażeń - oczywiście zakwasy w mięśniach nóg